Katherine 24.10.2014
William spojrzał groźnie na Nathaniela i zaczął powoli iść w jego stronę.
-Dlaczego, do kurwy nędzy, mówisz o tym dopiero teraz?- zapytał twardo, zaciskając zęby i nabierając powoli powietrza.
-Przepraszam bardzo, Will, ale ty nie raz...
-Zabiłeś jakiegoś podejrzanego typa, zostawiając go niedaleko szlaku i mówisz mi o tym dopiero po kilku dniach, a na dodatek uważasz, że nic takiego się nie stało, tak?!- warknął na niego, unosząc się.
-Wydaje mi się, że go zabiłem, nie jestem tego pewien, ale nie ruszał się jak odchodziłem, a potem... ja po prostu, spanikowałem, okay?- rzucił tylko, wycofując się z pomieszczenia.
-Jeśli jeszcze raz to się powtórzy...
-To był jeden jedyny raz.- oznajmił mu brunet z powagą, po czym obaj wybuchli śmiechem.
-Dobra, koleś, ale serio mogłeś o tym wcześniej powiedzieć.- zachichotał William i pokręcił głową w rozbawieniu.
-Wiem, ale jakoś tak wyszło...- wzruszył ramionami Nath.
-Spoko, spotkamy się wieczorem.- mrugnął do niego na pożegnanie i usiadł na środku dużej, czarnej sofy.
Odchrząknęłam, by zwrócił na mnie uwagę i uśmiechnęłam się lekko, gdy to zrobił.
-Czyli dajesz nam dzień wolny?- chciałam się upewnić.
-W zasadzie wieczór, noc i całe przedpołudnie.- podsumował.
-O dzięki ci, wielki Williamie!- wykrzyknął Henry, wchodząc do salonu szatyna.
"Wielki"?, zapytałam złotookiego bezgłośnie, tylko poruszając ustami.
-No tak.- przyznał mi rację, a Will zmrużył na mnie oczy, przewiercając moje oczodoły na wylot.
-Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałabym już pięć metrów pod ziemią.- rzuciłam do niego, na co uśmiechnął się delikatnie.
-Lepiej idź już sie stroić, nie będziemy znowu czekać na ciebie godzinami...- westchnął, machając na mnie ręką jak na swoją służbę, której w zasadzie nie miał, ale lubił nazywać nią nas.
Sophie 24.10.2014
-Oh, taak, Haz, mocniej!- wydyszałam, wyginając plecy w łuk.
Brunet sapnął ciężko i spojrzał mi przenikliwie w oczy, wchodząc i wychodząc jeszcze szybciej, niż przed chwilą.
Ułożyłam ręce na jego szyi, całując powolnie.
Poczułam jak ponownie zwiększa tempo i wbija palce w moje biodra. Kilka sekund później oboje doszliśmy, oddychając z trudem, a przyjemny ciężar wcisnął mnie w materac.
Alex ułożył głowę na tej samej poduszce co ja, przesuwając palcami po moich udach. Sięgnęłam dłonią do jego włosów, wplątując w nie palce.
-Byłeś cudowny.- wyszeptałam mu do ucha, gryząc je lekko.
-Zawsze jestem.- usłyszałam jego stłumiony, przez materiał pościeli, rechot. Kąciki moich ust delikatnie drgnęły ku górze, gdy po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak bardzo seks rozluźnia Hazarda.
-Ja to wiem, ty to wiesz...
-Połowa dziewczyn w mieście to wie...
-Ale mógłbyś już ze mnie wyjść, bo inaczej spóźnimy się na tą imprezę...
-Na imprezę nie można się spóźnić, a tutaj jest mi tak dobrze i chętnie bym to powtórzył.- uniósł głowę z uśmiechem.
-Może później, jeżeli zasłużysz.- mrugnęłam do niego, próbując zepchnąć osiemdziesiąt kilogramów z mojego ciała.
Westchnął teatralnie i wysunął się z niechęcią, wstając i wychodząc do łazienki pod prysznic.
Katherine 24.10.2014
Ostatni raz przeciągnęłam po ustach szminką w odcieniu pudrowego różu i spojrzałam na Grace z przerażeniem.
-Co ty tu jeszcze robisz w samej bieliźnie?- zapytałam, wrzucając pomadkę do torebki i unosząc wysoko brwi.
-Kaaaath, nie wiem co załooożyyyć.- jęknęła, wykrzywiając podkreślone brązem usta w grymasie.
-Ta szara sukienka z przezroczystymi bokami i twoje najnowsze zamszowe koturny się nadadzą.- wzruszyłam ramionami.
-Racja, sama bym także na to wpadła.- pokiwała sobie głową z aprobatą.
-Jasne.- rzuciłam, odwracając się z powrotem do lustra.
Miałam na sobie krwistoczerwoną sukienkę bez ramion, która sięgała mi do połowy ud, a na stopach pięknie prezentowały się czarne szpilki od Christiana Louboutina. Ten wieczór musiał być udany. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, zakręcając jeden z ciemnych loków na palec.
-Grace?- zagadnęłam ją, obserwując jej poczynania w lustrze, co chwila zerkając na swoje opalone nogi.
-Tak?
-Masz zamiar dziś uwieść Natha swoimi wdziękami?- przygladałam się teraz uważnie jej reakcji, zagryzając dolną wargę.
-Em, nie planowałam tego.
-Mhm.
-No co?- żachnęła się, odrywajac sie od poszukiwać naszyjnika.
-Absolutnie nic.- poruszyłam znacząco brwiami w jej kierunku.
-Daj spokój, pewnie ma mnie za gówniarę.- westchnęła.
-To tylko dwa lata różnicy...
-Może gdybym zrobiła mocniejszy makijaż...
-On na to nie poleci.
-To wyglądałabym na starszą...- kontynuowała swoje przemyślenia.
-Nie, Grace. Wychodzimy.- zadecydowałam, gdy włożyła już buty. Chwyciłam jej ramię i wyciągnęłam z pokoju.
Zeszłyśmy na dół po szerokich marmurowych schodach. Każdy szczegół domu Grace był dokładnie dopracowany przez jej mamę- projektantkę wnętrz. Na początku miałam wrażenie, że to wszystko po prostu na pokaz, ale jak się okazało, to były najzwyczajniej zboczenie zawodowe Ann Fox.
Chłopcy już czekali na zewnątrz.
-Pięknie wyglądacie, dziewczyny.- rzucił z uśmiechem Henry.
-Ty również.- powiedziałyśmy jednocześnie, na co nasza trójka się zaśmiała.
Will stał niewzruszony, obojętny na otaczający go świat. Nie mogło być to spowodowane tym, że coś nie poszło po jego myśli, jeśli chodzi o strój albo fryzurę. Chociaż z nim nigdy nie wiadomo. Ale co ja gadam, wyglądał teraz niesamowicie w tych czarnych jeansach, białej koszulce i skórzanej kurtce, nie wspominając już o idealnie ułożonych włosach.
-Co jest Willy?- zapytałam w końcu.
-Nie. Mów. "WILLY".- burknął, mierząc mnie wzrokiem.
-Williamie Alfo Grand, co się wydarzyło w czasie, gdy nie mogłam widzieć twojej jakże wspaniałej postaci?- zapytałam, unosząc podbródek i zachowując powagę.
-Kundle z tego Zjebanego Lasu mają dziś przebywać w tym samym miejscu co my...- westchnął, odgarniając pojedynczy kosmyk ze swojego czoła.
-I to sprawiło, że masz zły humor?- ściągnęłam brwi podejrzliwie.
-Tak.
-Możesz nawet na nich nie patrzeć.
-Ale będę ich czuł.
-Ja czuje twoją bezczelność i arogancję cały czas i jakoś żyje.- choć niesamowicie szczypie mnie od tego nos.
-Bardzo zabawne.- burknął tylko.
-Chodźmy już do tego klubu, bo się spóźnimy.- jęknęła Grace.
-Do klubu nie można się spóźnić, Vixen.- pokręcił głową William, otwierając mi drzwi do swojego czarnego jak bezgwiezdna noc Mercedesa.
Wsiadając, usłyszałam jak Grace piszczy podekscytowana warkotem silnika motocykla Henry'ego.
piątek, 12 grudnia 2014
sobota, 22 listopada 2014
Rozdział V
Sophie 20.10.2014
Weszliśmy razem do budynku szkoły, a dziewczyny posyłały mi zawistne spojrzenia. Przedrzeźniałam Rachel, naśladując jej minę, gdy mijaliśmy ją na szerokim korytarzu.
-No nareszcie!- doszedł do mnie głos Megan.-Gdzie byłaś?!- spiorunowała mnie wzrokiem.
-U Alexa, mamusiu.- wytknęłam jej język, uśmiechając się do chłopaka.
-I co wy tam tak długo robiliście?- zapytała podejrzliwie.
-Domyśl się.- Haz poruszył sugestywnie brwiami, drażniąc się z szatynką.
Moja przyjaciółka zmroziła go spojrzeniem i ruszyła do wyjścia.
-Megan, czekaj! Przecież przyszłam na w-f...- rzuciłam do niej.
-Ale żeby od razu z nim? Nie wiem co widzisz w tym głupku.- prychnęła, machając rękami.
-Wszystko słyszę.- wywrócił oczami Alex, stając za moimi plecami i przysuwając się stopniowo.
-Nie jest głupi, po prostu jest... sobą.- zaśmiałam się.
-Ejj.- brunet pochylił się i ugryzł mnie w szyję.
-Powinnyśmy iść, jeśli nie chcemy oberwać od nauczyciela.- mruknęła Megan.
-Od kiedy przejmujesz się panem Wattsonem?- zapytałam, idąc za nią i ciągnąc za rękę Alexa.
-Dobra, nieważne.- westchnęła szatynka. Od jakiegoś czasu była niesamowicie wkurzona, gdy tylko widziała Alexandra, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Nasze dłonie nadal były złączone, a Haz nachylił się do mojego ucha, mrucząc:
-Pasuje mi taki kontakt fizyczny.
Dla mnie było to takie naturalne, że aż trochę zadziwiało.
Przed szatniami musieliśmy się rozstać, ale nie na długo, bo po dziesięciu minutach, otworzono drzwi na halę.
Nauczyciel zarządził rozgrzewkę, więc razem z Megan zaczęłyśmy się rozciągać. Chłopcy mieli bardziej wymagające ćwiczenia. Właśnie robili pompki. Moja przyjaciółka szturchnęła mnie w ramię, wskazując głową na wysportowane ciała za mną.
Gapiła się zapewne na tego nowego blondyna, o którym wspomniała, gdy się przebierałyśmy (nawijała o nim bez przerwy, ale dobra). Mój wzrok powędrował, jednak do Hazarda. Zdecydowanie odbiegał sylwetką od reszty, jego mięśnie napinały się z każdym ruchem, a twarz wyrażała absolutne skupienia na tym co teraz robił.
-Nawet nie wiesz, jaką mam na niego ochotę!- zapiszczała jakaś blondynka, po mojej lewej, z niesmakiem zauważyłam, że śliniły się do Alexa.
-Możesz sobie pomarzyć, idiotko.- syknęłam do niej.
-Spierdalaj, nie jest twoją własnością.- odgryzła się, to w stu procentach nie był jej dzień.
-"Spierdalaj", tak?- zapytałam, wstając z gumowego podłoża.
-Myślisz, że się ciebie przestraszę? Jeśli będę chciała, mogę się z nim przespać w każdej chwili!- ta dziewczyna chyba nie posiadała instynktu samozachowawczego. Szarpnęłam ja za koszulkę i przyparłam do ściany.
-Posłuchaj, bo nie będę powtarzała kilka razy: jesteś nikim w porównaniu do mnie, a Alex nie dotknąłby cie nawet kijem, więc o nim zapomnij, jasne?- warknęłam jej w twarz.
-Sophie! Pusć koleżankę, na ten tych miast!- krzyknął wuefista. Dopiero zauważyłam, ze trzymam ja kilka centymetrów w górze, wiec kiedy puściłam, opadła przestraszona na podłogę.
Megan odciągnęła mnie za ramie na bok i zlustrowała uważnie.
-Wow, serio ci na nim zależy.- zdziwiła się. Miałam ochotę strzelić sobie w głowę, bo serio? Dopiero to zauważyła?
-Jest w ogóle taki zwrot jak "na ten tych miast"?- Haz zmarszczył brwi, podchodząc do nas powoli.
-Nie.- rzuciła Megan w miarę opanowanie, nie wyzywając go od "debili" i "wyrzutków".
Alex przeczesał palcami trochę przydługie, zawinięte na końcach włosy.
-Jestem z ciebie dumny.- powiedział, udając wzruszenie.
-Przestań, myślałam, że ją rozszarpię.- zacisnęłam szczęki.
-Nikt by za nią nie płakał.- wzruszyła ramionami Meg.
Oliver 23.10.2014
Rzuciłem plecak w kat pokoju, zmęczony tymi wszystkimi zadaniami z algebry, która mimo, że nie robiła na mnie wrażenia, była po prostu okropnie nudna.
-Oliver, zejdź na dół!- usłyszałem głos ojca dochodzący z salonu.
-Tak?- rzuciłem, schodzą po drewnianych schodach.
-Zwiększamy dystans.- oznajmił, trzymając w dłoniach mój łuk.
-Przecież wiesz, że nie lubię łucznictwa.- burknąłem.
-Przecież wiesz, że jeśli odpuścisz sobie łucznictwo, ja odpuszczę sobie twoje wakacje na Lazurowym Wybrzeżu...- wzruszył ramionami.
-To jaki teraz mamy dystans?- zapytałem z udawaną radością.
-Tak lepiej.- uśmiechnął się triumfalnie.- 90 metrów.- dodał, podając mi broń i kołczan.
Ustawiłem się w wyznaczonej odległości i napiąłem cięciwę.
-Czerwony, ósemka. Postaraj się, Oliver.- rzucił ojciec.
Sięgnąłem po kolejna strzałę i tym razem trafiła w sam środek.
Powtórzyliśmy to jeszcze jakieś 50 razy, a ojciec dawał mi ciągle przeróżne wskazówki i narzekał, jeśli strzała nie znalazła się na żółtym polu.
-Wystarczy.- powiedział w końcu, a ja rozluźniłem uścisk na majdanie, dopiero zauważając jak bardzo bolą mnie palce.
Kiedy już zabezpieczyłem sprzęt, postanowiłem przejść się po okolicy. Miałem nadzieję, że znów je zobaczę. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się tak blisko tych zwierząt. Zabrałem ze sobą aparat, by tym razem być przygotowanym.
Podczas, gdy mój ojciec uwielbiał polować z dubeltówką lub kuszą, ja preferowałem aparat fotograficzny.
Na samym początku skierowałem się w miejsce, w którym widziałem wilki kilka dni temu.
Ostatnio była tu jeszcze wyschnięta trawa i zmarznięte owoce jakiegoś krzewu.
Teraz stawałem na cienkiej warstwie śniegu, a po owocach nie było śladu.
Wokół panowała cisza, tylko szum wiatru i mój oddech. Skierowałem się na południowy-zachód i włączyłem aparat, by zrobić zdjęcie rozciągającej sie przede mną dużej polanie.
Odsunąłem urządzenie od siebie, a ciężar, który uderzył w moje plecy, wytrącił je z moich rąk.
Uderzyłem w zmarzniętą ziemię, a oczy zaszły mi mgłą.
Weszliśmy razem do budynku szkoły, a dziewczyny posyłały mi zawistne spojrzenia. Przedrzeźniałam Rachel, naśladując jej minę, gdy mijaliśmy ją na szerokim korytarzu.
-No nareszcie!- doszedł do mnie głos Megan.-Gdzie byłaś?!- spiorunowała mnie wzrokiem.
-U Alexa, mamusiu.- wytknęłam jej język, uśmiechając się do chłopaka.
-I co wy tam tak długo robiliście?- zapytała podejrzliwie.
-Domyśl się.- Haz poruszył sugestywnie brwiami, drażniąc się z szatynką.
Moja przyjaciółka zmroziła go spojrzeniem i ruszyła do wyjścia.
-Megan, czekaj! Przecież przyszłam na w-f...- rzuciłam do niej.
-Ale żeby od razu z nim? Nie wiem co widzisz w tym głupku.- prychnęła, machając rękami.
-Wszystko słyszę.- wywrócił oczami Alex, stając za moimi plecami i przysuwając się stopniowo.
-Nie jest głupi, po prostu jest... sobą.- zaśmiałam się.
-Ejj.- brunet pochylił się i ugryzł mnie w szyję.
-Powinnyśmy iść, jeśli nie chcemy oberwać od nauczyciela.- mruknęła Megan.
-Od kiedy przejmujesz się panem Wattsonem?- zapytałam, idąc za nią i ciągnąc za rękę Alexa.
-Dobra, nieważne.- westchnęła szatynka. Od jakiegoś czasu była niesamowicie wkurzona, gdy tylko widziała Alexandra, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Nasze dłonie nadal były złączone, a Haz nachylił się do mojego ucha, mrucząc:
-Pasuje mi taki kontakt fizyczny.
Dla mnie było to takie naturalne, że aż trochę zadziwiało.
Przed szatniami musieliśmy się rozstać, ale nie na długo, bo po dziesięciu minutach, otworzono drzwi na halę.
Nauczyciel zarządził rozgrzewkę, więc razem z Megan zaczęłyśmy się rozciągać. Chłopcy mieli bardziej wymagające ćwiczenia. Właśnie robili pompki. Moja przyjaciółka szturchnęła mnie w ramię, wskazując głową na wysportowane ciała za mną.
Gapiła się zapewne na tego nowego blondyna, o którym wspomniała, gdy się przebierałyśmy (nawijała o nim bez przerwy, ale dobra). Mój wzrok powędrował, jednak do Hazarda. Zdecydowanie odbiegał sylwetką od reszty, jego mięśnie napinały się z każdym ruchem, a twarz wyrażała absolutne skupienia na tym co teraz robił.
-Nawet nie wiesz, jaką mam na niego ochotę!- zapiszczała jakaś blondynka, po mojej lewej, z niesmakiem zauważyłam, że śliniły się do Alexa.
-Możesz sobie pomarzyć, idiotko.- syknęłam do niej.
-Spierdalaj, nie jest twoją własnością.- odgryzła się, to w stu procentach nie był jej dzień.
-"Spierdalaj", tak?- zapytałam, wstając z gumowego podłoża.
-Myślisz, że się ciebie przestraszę? Jeśli będę chciała, mogę się z nim przespać w każdej chwili!- ta dziewczyna chyba nie posiadała instynktu samozachowawczego. Szarpnęłam ja za koszulkę i przyparłam do ściany.
-Posłuchaj, bo nie będę powtarzała kilka razy: jesteś nikim w porównaniu do mnie, a Alex nie dotknąłby cie nawet kijem, więc o nim zapomnij, jasne?- warknęłam jej w twarz.
-Sophie! Pusć koleżankę, na ten tych miast!- krzyknął wuefista. Dopiero zauważyłam, ze trzymam ja kilka centymetrów w górze, wiec kiedy puściłam, opadła przestraszona na podłogę.
Megan odciągnęła mnie za ramie na bok i zlustrowała uważnie.
-Wow, serio ci na nim zależy.- zdziwiła się. Miałam ochotę strzelić sobie w głowę, bo serio? Dopiero to zauważyła?
-Jest w ogóle taki zwrot jak "na ten tych miast"?- Haz zmarszczył brwi, podchodząc do nas powoli.
-Nie.- rzuciła Megan w miarę opanowanie, nie wyzywając go od "debili" i "wyrzutków".
Alex przeczesał palcami trochę przydługie, zawinięte na końcach włosy.
-Jestem z ciebie dumny.- powiedział, udając wzruszenie.
-Przestań, myślałam, że ją rozszarpię.- zacisnęłam szczęki.
-Nikt by za nią nie płakał.- wzruszyła ramionami Meg.
Oliver 23.10.2014
Rzuciłem plecak w kat pokoju, zmęczony tymi wszystkimi zadaniami z algebry, która mimo, że nie robiła na mnie wrażenia, była po prostu okropnie nudna.
-Oliver, zejdź na dół!- usłyszałem głos ojca dochodzący z salonu.
-Tak?- rzuciłem, schodzą po drewnianych schodach.
-Zwiększamy dystans.- oznajmił, trzymając w dłoniach mój łuk.
-Przecież wiesz, że nie lubię łucznictwa.- burknąłem.
-Przecież wiesz, że jeśli odpuścisz sobie łucznictwo, ja odpuszczę sobie twoje wakacje na Lazurowym Wybrzeżu...- wzruszył ramionami.
-To jaki teraz mamy dystans?- zapytałem z udawaną radością.
-Tak lepiej.- uśmiechnął się triumfalnie.- 90 metrów.- dodał, podając mi broń i kołczan.
Ustawiłem się w wyznaczonej odległości i napiąłem cięciwę.
-Czerwony, ósemka. Postaraj się, Oliver.- rzucił ojciec.
Sięgnąłem po kolejna strzałę i tym razem trafiła w sam środek.
Powtórzyliśmy to jeszcze jakieś 50 razy, a ojciec dawał mi ciągle przeróżne wskazówki i narzekał, jeśli strzała nie znalazła się na żółtym polu.
-Wystarczy.- powiedział w końcu, a ja rozluźniłem uścisk na majdanie, dopiero zauważając jak bardzo bolą mnie palce.
Kiedy już zabezpieczyłem sprzęt, postanowiłem przejść się po okolicy. Miałem nadzieję, że znów je zobaczę. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się tak blisko tych zwierząt. Zabrałem ze sobą aparat, by tym razem być przygotowanym.
Podczas, gdy mój ojciec uwielbiał polować z dubeltówką lub kuszą, ja preferowałem aparat fotograficzny.
Na samym początku skierowałem się w miejsce, w którym widziałem wilki kilka dni temu.
Ostatnio była tu jeszcze wyschnięta trawa i zmarznięte owoce jakiegoś krzewu.
Teraz stawałem na cienkiej warstwie śniegu, a po owocach nie było śladu.
Wokół panowała cisza, tylko szum wiatru i mój oddech. Skierowałem się na południowy-zachód i włączyłem aparat, by zrobić zdjęcie rozciągającej sie przede mną dużej polanie.
Odsunąłem urządzenie od siebie, a ciężar, który uderzył w moje plecy, wytrącił je z moich rąk.
Uderzyłem w zmarzniętą ziemię, a oczy zaszły mi mgłą.
Rozdział IV
Sophie 20.10.2014
Miałam półgodzinne spóźnienie na pierwszą lekcję, a na dodatek Megan wydzwaniała do mnie bez przerwy. Jednak trudno mi było odebrać telefon, gdy znajdował się on na dnie plecaka, który niosłam w pysku. Do celu zostały mi jeszcze cztery kilometry, a szorstki materiał coraz bardziej utrudniał oddychanie.
~Sophie.~ usłyszałam i zahamowałam od razu.
~Haz?~ zdziwiłam się, obserwując otaczające mnie drzewa.
~Taa. Co robisz w lesie? Powinnaś być w szkole.~ przesłał do mnie.
~I kto to mówi.~ prychnęłam.
~Racja.~ zaśmiał się.
~Ojciec cię zabije, jak znowu zawalisz klasę.~ mruknęłam, dostrzegając idącego w moją stronę śnieżnobiałego wilka.
~To się nie stanie.~ zapewnił, będąc już przy mnie i gapiąc się z "uśmiechem" na plecak, który ściskałam zębami.~Zmierzasz na zajęcia?~ zaśmiał się.
~Jakbyś nie wiedział...~ burknęłam, wypluwając zbędny bagaż, a mój telefon ponownie zadzwonił.
~Co ty na to, by opuścić jeszcze jeden dzień?~ zaproponował.
~I tak mamy już tydzień zaległości, ale...~ zaczęłam.
~To świetnie.~ zakończył, posyłając mi zadowolone spojrzenie.~Do mnie, czy do ciebie?~ zapytał.
~Meg się obrazi, jeżeli nie będzie mnie na w-f'ie.~ pomyślałam.
~To takie ważne?~ zakpił.
~Jak widać.~ wywróciłam oczami.
~Który mamy ten w-f? Hm?~ spytał z niechęcią.
~Ostatni- piąty.~ odpowiedziałam.
~Dobra, też wpadnę.~ pokręcił głową.~Ale najpierw wpadniemy do mnie po plecak.~zadecydował, nie dopuszczając do siebie żadnych sprzeciwów. Jedyne co mi pozostało to pójść za nim.
Katherine 20.10.2014
Zatrzasnęłam drzwi szafki, a kilkoro uczniów wokół spojrzało na mnie z konsternacją.
-Pieprzcie się.- burknęłam pod nosem i ruszyłam szybkim krokiem pod klasę.
Tam już czekała na mnie Grace. Uderzała nerwowo palcami o ścianę, na której opierały się jej plecy, a w powietrzu wyczułam jej zdenerwowanie.
-Żyjesz?- zapytałam ze sztucznym uśmiechem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Czy ja żyję? Ja?!- krzyknełam, chwytając mnie za ramiona.
-Uspokój się, wszystko okay z Nathanielem...- wywróciłam oczami.
-Prawie umarłam, gdy się o tym dowiedziałam, a ty mówisz, że jest "okay"?- jej oczy przybrały rozmiar pięciofuntówek.
-Dostał w łapę, to znaczy... w przedramię, jeśli patrzysz na to w ten sposób, została tylko mała blizna.- wzruszyłam ramionami.- To były zwykłe kule.- dodałam, a Grace odsunęła się nieznacznie.
-Czyli to przeżyje?- spytała jeszcze.
-Jasne, że tak, Grace, błagam cię.- westchnęłam, a ona machnęła na mnie dłonią.
-To chyba normalne, że się martwię.- mruknęła, podnosząc swoja torbę z podłogi.
-Ale chyba zapomniałaś, że on jest nieśmiertelny.- rzuciłam ironicznie.
Zmrużyła na mnie groźnie oczy i przeczesała swoje falowane włosy palcami.
-O ciebie też się martwię, mam przestać?- burknęła.
-Aww! To takie słodkie!- owinęłam ją ramionami i przytuliłam mocno.
-Nie zmieniaj tematu!- warknęła, jednak odwzajemniła mój uścisk.
Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam szeroko, wiedząc, że dopięłam swego. Miałam nadzieję, że dziś już nie spyta o Natha, bo to zaczynało być irytujące. Przecież nasze rany goją się w ciągu kilku sekund!
Gdy nagle poczułam mocny, boleśnie kłujący zapach, wiedziałam kto się do nas zbliża.
Szybko się odwróciłam, a dłonie Williama wylądowały na mojej talii.
-Znowu popsułaś mój efekt zaskoczenia.- oburzył się, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Nie moja wina, że bezczelność ma tak silną woń.- zaśmiałam się, roztrzepując jego włosy.
-Hej!- obruszył się, szybko je poprawiając.
-Cześć, Will.- rzuciła zza mnie Grace.
-Hejka, Vixen.- mrugnął do niej i rozejrzał się dookoła.- Jest już Henry?- zapytał, skupiając swoje turkusowe tęczówki na mnie.
Zaciągnęłam się powietrzem i prześledziłam każdy zapach z osobna.
-Nie, jeszcze nie.- oznajmiłam.
-Swoją drogą, to niesprawiedliwe, że dziewczyny mają bardziej wyczulone powonienie.- zasępił się szatyn.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, ciesząc się z tej przewagi nad chłopakami.
-Według mnie bardzo sprawiedliwe.- zaśmiała się Grace, a ja pokiwałam głową z aprobatą.
-Ludzie i lisy głosu nie mają.- Will dziecinnie wytknął jej język.
-Nie wiem czy bardziej powinnam się przejąć tym, że drwisz z mojego nazwiska, czy że uważasz się za lepszego od ludzi.- prychnęła blondynka lekceważąco.
-A że niby nie jestem lepszy?- zaśmiał się drwiąco.
-Już ci kiedyś coś na ten temat mówiłam...- zaczęła moja przyjaciółka.
Podczas gdy ta dwójka się spierała o jakieś banały, do mnie dotarł słodki zapach uprzejmości i wszechogarniającej miłości do wszystkiego wokół.
-Willy, pytałeś o Henry'ego, nie?- rzuciłam w kierunku szatyna.
-Zabraniam ci tak do mnie mówić! Przez to maleję w oczach innych.- pisnął mój Alfa. Te dwa wyrazy nie powinny stać obok siebie, przywódca nie powinien wydawać takich dźwięków, ale co poradzić. Ważne, że jest znośny i można sobie z niego żartować do woli. Powodów do tego jest naprawdę wiele...
-Już bardziej zmaleć nie możesz.- oto jeden z nich. Grace uśmiechnęła się do szatyna bezczelnie, wiedząc jak go to denerwuje.
-Nie jestem niski!- oburzył się Will, automatycznie prostując i spinając mięśnie, by wyglądać na większego. Gdyby był teraz w wilczej postaci, sierść na jego grzbiecie i obfita kryza, zjeżyłyby się.
-Cześć.- odezwał się z boku powolny, lekko zachrypnięty głos.
-Oo, Henry! Szukałem cię.- uśmiechnął się uroczo szatyn.
-Tak? A to dlaczego?- zdziwił się brunet.
-No wiesz... Potrzebny mi ktoś na dzisiejszy obchód.- oznajmił William.
-Obchód?- Henry uniósł brwi.
-Obchód.
-To ciekawe, bo nie wiem nic na temat obchodu.- stwierdził wyższy.
-Jak to nic nie wiesz?!
-A powinienem?
-No raczej?
-A może jednak nie?
-A mógłbyś skończyć odpowiadać na moje pytanie pytaniem?
-Jesteś chory?
-Co?
-Przestaniesz?
-Cholera, Henry, co z tobą?
-Ze mną?
-Odpowiesz mi normalnie?!
-A powinienem? Nie czekaj, to już było...
-Nareszcie.- William uderzył się otwartą dłonią w twarz.
-Doprawdy?- wyszczerzył się brunet.
-Boże, dlaczego mi to robisz?- jęknął niższy.
-Jesteś wierzący?- zdziwił się Henry.
-A ty nie?
-No i wracamy do gry: a powinienem?
-Henry!!!
-To może my was zostawimy, żebyście mogli pozadawać sobie pytania w ciszy i spokoju.- zaproponowałam ironicznie, przerywając ich dialog.
-Kath? Co tu robisz?
-William, jesteś tak ślepy czy głuchy?- prychnęłam, wywracając oczami.
-A może oba naraz?- dodał Henry.
-Jestem Alfą, nie możecie tak do mnie mówić!- oburzył się szatyn.
-Ale powinniśmy...- westchnął brunet.
-Dobra, serio stąd chodźmy.- rzuciła Grace, ciągnąc mnie za rękę do klasy.
Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.
Miałam półgodzinne spóźnienie na pierwszą lekcję, a na dodatek Megan wydzwaniała do mnie bez przerwy. Jednak trudno mi było odebrać telefon, gdy znajdował się on na dnie plecaka, który niosłam w pysku. Do celu zostały mi jeszcze cztery kilometry, a szorstki materiał coraz bardziej utrudniał oddychanie.
~Sophie.~ usłyszałam i zahamowałam od razu.
~Haz?~ zdziwiłam się, obserwując otaczające mnie drzewa.
~Taa. Co robisz w lesie? Powinnaś być w szkole.~ przesłał do mnie.
~I kto to mówi.~ prychnęłam.
~Racja.~ zaśmiał się.
~Ojciec cię zabije, jak znowu zawalisz klasę.~ mruknęłam, dostrzegając idącego w moją stronę śnieżnobiałego wilka.
~To się nie stanie.~ zapewnił, będąc już przy mnie i gapiąc się z "uśmiechem" na plecak, który ściskałam zębami.~Zmierzasz na zajęcia?~ zaśmiał się.
~Jakbyś nie wiedział...~ burknęłam, wypluwając zbędny bagaż, a mój telefon ponownie zadzwonił.
~Co ty na to, by opuścić jeszcze jeden dzień?~ zaproponował.
~I tak mamy już tydzień zaległości, ale...~ zaczęłam.
~To świetnie.~ zakończył, posyłając mi zadowolone spojrzenie.~Do mnie, czy do ciebie?~ zapytał.
~Meg się obrazi, jeżeli nie będzie mnie na w-f'ie.~ pomyślałam.
~To takie ważne?~ zakpił.
~Jak widać.~ wywróciłam oczami.
~Który mamy ten w-f? Hm?~ spytał z niechęcią.
~Ostatni- piąty.~ odpowiedziałam.
~Dobra, też wpadnę.~ pokręcił głową.~Ale najpierw wpadniemy do mnie po plecak.~zadecydował, nie dopuszczając do siebie żadnych sprzeciwów. Jedyne co mi pozostało to pójść za nim.
Katherine 20.10.2014
Zatrzasnęłam drzwi szafki, a kilkoro uczniów wokół spojrzało na mnie z konsternacją.
-Pieprzcie się.- burknęłam pod nosem i ruszyłam szybkim krokiem pod klasę.
Tam już czekała na mnie Grace. Uderzała nerwowo palcami o ścianę, na której opierały się jej plecy, a w powietrzu wyczułam jej zdenerwowanie.
-Żyjesz?- zapytałam ze sztucznym uśmiechem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Czy ja żyję? Ja?!- krzyknełam, chwytając mnie za ramiona.
-Uspokój się, wszystko okay z Nathanielem...- wywróciłam oczami.
-Prawie umarłam, gdy się o tym dowiedziałam, a ty mówisz, że jest "okay"?- jej oczy przybrały rozmiar pięciofuntówek.
-Dostał w łapę, to znaczy... w przedramię, jeśli patrzysz na to w ten sposób, została tylko mała blizna.- wzruszyłam ramionami.- To były zwykłe kule.- dodałam, a Grace odsunęła się nieznacznie.
-Czyli to przeżyje?- spytała jeszcze.
-Jasne, że tak, Grace, błagam cię.- westchnęłam, a ona machnęła na mnie dłonią.
-To chyba normalne, że się martwię.- mruknęła, podnosząc swoja torbę z podłogi.
-Ale chyba zapomniałaś, że on jest nieśmiertelny.- rzuciłam ironicznie.
Zmrużyła na mnie groźnie oczy i przeczesała swoje falowane włosy palcami.
-O ciebie też się martwię, mam przestać?- burknęła.
-Aww! To takie słodkie!- owinęłam ją ramionami i przytuliłam mocno.
-Nie zmieniaj tematu!- warknęła, jednak odwzajemniła mój uścisk.
Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam szeroko, wiedząc, że dopięłam swego. Miałam nadzieję, że dziś już nie spyta o Natha, bo to zaczynało być irytujące. Przecież nasze rany goją się w ciągu kilku sekund!
Gdy nagle poczułam mocny, boleśnie kłujący zapach, wiedziałam kto się do nas zbliża.
Szybko się odwróciłam, a dłonie Williama wylądowały na mojej talii.
-Znowu popsułaś mój efekt zaskoczenia.- oburzył się, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Nie moja wina, że bezczelność ma tak silną woń.- zaśmiałam się, roztrzepując jego włosy.
-Hej!- obruszył się, szybko je poprawiając.
-Cześć, Will.- rzuciła zza mnie Grace.
-Hejka, Vixen.- mrugnął do niej i rozejrzał się dookoła.- Jest już Henry?- zapytał, skupiając swoje turkusowe tęczówki na mnie.
Zaciągnęłam się powietrzem i prześledziłam każdy zapach z osobna.
-Nie, jeszcze nie.- oznajmiłam.
-Swoją drogą, to niesprawiedliwe, że dziewczyny mają bardziej wyczulone powonienie.- zasępił się szatyn.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, ciesząc się z tej przewagi nad chłopakami.
-Według mnie bardzo sprawiedliwe.- zaśmiała się Grace, a ja pokiwałam głową z aprobatą.
-Ludzie i lisy głosu nie mają.- Will dziecinnie wytknął jej język.
-Nie wiem czy bardziej powinnam się przejąć tym, że drwisz z mojego nazwiska, czy że uważasz się za lepszego od ludzi.- prychnęła blondynka lekceważąco.
-A że niby nie jestem lepszy?- zaśmiał się drwiąco.
-Już ci kiedyś coś na ten temat mówiłam...- zaczęła moja przyjaciółka.
Podczas gdy ta dwójka się spierała o jakieś banały, do mnie dotarł słodki zapach uprzejmości i wszechogarniającej miłości do wszystkiego wokół.
-Willy, pytałeś o Henry'ego, nie?- rzuciłam w kierunku szatyna.
-Zabraniam ci tak do mnie mówić! Przez to maleję w oczach innych.- pisnął mój Alfa. Te dwa wyrazy nie powinny stać obok siebie, przywódca nie powinien wydawać takich dźwięków, ale co poradzić. Ważne, że jest znośny i można sobie z niego żartować do woli. Powodów do tego jest naprawdę wiele...
-Już bardziej zmaleć nie możesz.- oto jeden z nich. Grace uśmiechnęła się do szatyna bezczelnie, wiedząc jak go to denerwuje.
-Nie jestem niski!- oburzył się Will, automatycznie prostując i spinając mięśnie, by wyglądać na większego. Gdyby był teraz w wilczej postaci, sierść na jego grzbiecie i obfita kryza, zjeżyłyby się.
-Cześć.- odezwał się z boku powolny, lekko zachrypnięty głos.
-Oo, Henry! Szukałem cię.- uśmiechnął się uroczo szatyn.
-Tak? A to dlaczego?- zdziwił się brunet.
-No wiesz... Potrzebny mi ktoś na dzisiejszy obchód.- oznajmił William.
-Obchód?- Henry uniósł brwi.
-Obchód.
-To ciekawe, bo nie wiem nic na temat obchodu.- stwierdził wyższy.
-Jak to nic nie wiesz?!
-A powinienem?
-No raczej?
-A może jednak nie?
-A mógłbyś skończyć odpowiadać na moje pytanie pytaniem?
-Jesteś chory?
-Co?
-Przestaniesz?
-Cholera, Henry, co z tobą?
-Ze mną?
-Odpowiesz mi normalnie?!
-A powinienem? Nie czekaj, to już było...
-Nareszcie.- William uderzył się otwartą dłonią w twarz.
-Doprawdy?- wyszczerzył się brunet.
-Boże, dlaczego mi to robisz?- jęknął niższy.
-Jesteś wierzący?- zdziwił się Henry.
-A ty nie?
-No i wracamy do gry: a powinienem?
-Henry!!!
-To może my was zostawimy, żebyście mogli pozadawać sobie pytania w ciszy i spokoju.- zaproponowałam ironicznie, przerywając ich dialog.
-Kath? Co tu robisz?
-William, jesteś tak ślepy czy głuchy?- prychnęłam, wywracając oczami.
-A może oba naraz?- dodał Henry.
-Jestem Alfą, nie możecie tak do mnie mówić!- oburzył się szatyn.
-Ale powinniśmy...- westchnął brunet.
-Dobra, serio stąd chodźmy.- rzuciła Grace, ciągnąc mnie za rękę do klasy.
Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.
sobota, 15 listopada 2014
Rozdział III
Sophie 17.10.2014
Daliśmy sobie tygodniową przerwę od szkoły na odnalezienie źródła dziwnego zapachu, jednak on zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Alexander był przez to niesamowicie zirytowany i wpadał w szał, gdy ktoś miał mu cokolwiek do zarzucenia.
Właśnie odbywał się nasz cotygodniowy zwiad całego terytorium. Powoli się ściemniało, więc Alex postanowił zmniejszyć tempo naszego marszu. Wlekliśmy się teraz leniwie, węsząc uważnie i wyłapując każdą woń.
Nagle Alfa stanął w miejscu jak wryty, unosząc nos wysoko i wpatrując się w niebo.
~Co jest, Haz?~ zapytałam. Chłopaki również byli tego ciekawi, tak, że słyszałam teraz w głowie mnóstwo słów, powtarzających się w kółko.
~W porządku? Co wyczułeś? To wrogowie? Co robić?~ głosy nasiliły się, a Alex nawet się nie poruszył, przerażając mnie swoim zachowaniem.
>Ten zapach powrócił.< warknął w końcu, drapiąc łapami zamarzającą ziemię. Skulił się lekko i wyszczerzył zęby, cofając się.
Jako, że pełniłam od niedawna funkcję Bety, postanowiłam wydać za niego rozkaz do odwrotu.
>Wracajcie pod Trzy Klony.< zarządziłam. >Ja i Hazard zaraz dołączymy.
Chłopaki niepewnie się wycofali, a Nick posłał mi przenikliwe spojrzenie, które mówiło "jedno słowo, a ja będę przy was za kilka sekund". Kiwnęłam mu wdzięcznie głową, a wtedy ruszył do młodych.
>Haz?< szturchnęłam go pyskiem w bok i czekałam na jakąkolwiek reakcję.
>Czuję go, jest blisko.< warknął, po czym jego wzrok powędrował do czegoś przed nami. Odwróciłam się tam szybko i zobaczyłam niewysokiego blondyna o niebieskich oczach, które wpatrywały się w moje ze zdziwieniem, strachem i odrobiną zaciekawienia, albo raczej fascynacji (zdecyduj się kobieto...). Alex przylgnął do ziemi, przygotowując się do skoku.
>Nie, nie możesz tego zrobić!< automatycznie zagrodziłam mu drogę, zanim o tym nawet pomyślałam.
Alexander patrzył dziko w moje oczy, z czymś zwierzęcym i szalonym.
>Hej, to człowiek, nie możesz go tak po prostu zabić.< próbowałam go przekonać. Potrząsnął głową, próbując zapewne odrzucić od siebie niechciane myśli, a jego oczy nabrały normalnego, zdrowego wyrazu.
Zerknęłam za siebie, ale chłopaka już nie było.
Odetchnęłam głęboko, a Haz lekko trącił mnie pyskiem.
~Wracajmy.~ pomyślał.
Katherine 17.10.2014
Chichot Grace rozniósł się po pokoju, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.
-A pamiętasz jak...- zaczęła kolejną opowieść, kładąc się na podłodze i wpatrując w sufit nad sobą.
Ułożyłam się wygodnie na jej łóżku i spojrzałam w uchylone okno dachowe, zza którego dochodziło ciche wycie.
Brzmiało to co najmniej dziwnie, trochę jak płacz i nie mogłam zignorować tego dźwięku.
-Grace, muszę wyjść.- rzuciłam z westchnieniem.
-Wilcze sprawy?- spytała obojętnie, jakby to było na porządku dziennym.
-Taa. Zaraz wrócę, chyba.- uśmiechnęłam się do niej, zakładając trampki.
-Okay, nie śpiesz się. I pozdrów Natha, jeśli go spotkasz, no wiesz...- mrugnęła do mnie.
-Tak, tak. Łapię.- zaśmiałam się cicho, stając na zagłówek łóżka. Po chwili podciągnęłam się na rękach i byłam na dachu, salutując do przyjaciółki dwoma palcami.
-Ty głupku.- prychnęła tylko, szczerząc się szeroko i kręcąc głową.
Zsunęłam się bezgłośnie po dachówkach i wylądowałam z gracją na ziemi. Przedostałam się niezauważona do ogrodu za domem i przecisnęłam się między ogrodzeniem na polną drogę, która prowadziła do lasu. Rozejrzałam się uważnie i przemieniłam. Wycie się ponowiło, a moje łapy same ruszyły w stronę, z której dochodziło.
~William? Nath, Henry? Dylan?~ posłałam w otaczającą mnie ciemność. Żaden z nich się nie "odezwał", co bardzo mnie zdziwiło. Zwolniłam do szybkiego truchtu i wyciągnęłam nos do góry, chcąc wyłapać jakiś zapach. Nie było tutaj nic oprócz delikatnej woni lasu i jeleni.
Wtedy usłyszałam kroki. Powolne uderzenia butów o wilgotne podłoże, rozniosło się po lesie. Wycie rozdarło wilgotne powietrze wokół, drażniąc moje uszy. Mimowolnie zawyłam krótko, wzywając bliskich.
Przystanęłam na chwilę, czekając na jakikolwiek odzew z ich strony. Nic.
Dwa ciężkie brzęknięcia, jedno po drugim, padły gdzieś obok mnie, a z drzewa pod którym stałam posypała się kora.
Kto normalny próbuje zabić wilkołaka, sam nim nie będąc?!
Warknęłam gardłowo, rozglądając się i nasłuchując.
~Kath!~ kamień spadł mi z serca, gdy usłyszałam Nathaniela.
~Jestem.~ wyprostowałam się, szukając sylwetki mojego przyjaciela.
>Uważaj!<ryknął jeszcze, zanim kula go dosięgnęła i upadł przede mną, skowycząc.
Daliśmy sobie tygodniową przerwę od szkoły na odnalezienie źródła dziwnego zapachu, jednak on zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Alexander był przez to niesamowicie zirytowany i wpadał w szał, gdy ktoś miał mu cokolwiek do zarzucenia.
Właśnie odbywał się nasz cotygodniowy zwiad całego terytorium. Powoli się ściemniało, więc Alex postanowił zmniejszyć tempo naszego marszu. Wlekliśmy się teraz leniwie, węsząc uważnie i wyłapując każdą woń.
Nagle Alfa stanął w miejscu jak wryty, unosząc nos wysoko i wpatrując się w niebo.
~Co jest, Haz?~ zapytałam. Chłopaki również byli tego ciekawi, tak, że słyszałam teraz w głowie mnóstwo słów, powtarzających się w kółko.
~W porządku? Co wyczułeś? To wrogowie? Co robić?~ głosy nasiliły się, a Alex nawet się nie poruszył, przerażając mnie swoim zachowaniem.
>Ten zapach powrócił.< warknął w końcu, drapiąc łapami zamarzającą ziemię. Skulił się lekko i wyszczerzył zęby, cofając się.
Jako, że pełniłam od niedawna funkcję Bety, postanowiłam wydać za niego rozkaz do odwrotu.
>Wracajcie pod Trzy Klony.< zarządziłam. >Ja i Hazard zaraz dołączymy.
Chłopaki niepewnie się wycofali, a Nick posłał mi przenikliwe spojrzenie, które mówiło "jedno słowo, a ja będę przy was za kilka sekund". Kiwnęłam mu wdzięcznie głową, a wtedy ruszył do młodych.
>Haz?< szturchnęłam go pyskiem w bok i czekałam na jakąkolwiek reakcję.
>Czuję go, jest blisko.< warknął, po czym jego wzrok powędrował do czegoś przed nami. Odwróciłam się tam szybko i zobaczyłam niewysokiego blondyna o niebieskich oczach, które wpatrywały się w moje ze zdziwieniem, strachem i odrobiną zaciekawienia, albo raczej fascynacji (zdecyduj się kobieto...). Alex przylgnął do ziemi, przygotowując się do skoku.
>Nie, nie możesz tego zrobić!< automatycznie zagrodziłam mu drogę, zanim o tym nawet pomyślałam.
Alexander patrzył dziko w moje oczy, z czymś zwierzęcym i szalonym.
>Hej, to człowiek, nie możesz go tak po prostu zabić.< próbowałam go przekonać. Potrząsnął głową, próbując zapewne odrzucić od siebie niechciane myśli, a jego oczy nabrały normalnego, zdrowego wyrazu.
Zerknęłam za siebie, ale chłopaka już nie było.
Odetchnęłam głęboko, a Haz lekko trącił mnie pyskiem.
~Wracajmy.~ pomyślał.
Katherine 17.10.2014
Chichot Grace rozniósł się po pokoju, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.
-A pamiętasz jak...- zaczęła kolejną opowieść, kładąc się na podłodze i wpatrując w sufit nad sobą.
Ułożyłam się wygodnie na jej łóżku i spojrzałam w uchylone okno dachowe, zza którego dochodziło ciche wycie.
Brzmiało to co najmniej dziwnie, trochę jak płacz i nie mogłam zignorować tego dźwięku.
-Grace, muszę wyjść.- rzuciłam z westchnieniem.
-Wilcze sprawy?- spytała obojętnie, jakby to było na porządku dziennym.
-Taa. Zaraz wrócę, chyba.- uśmiechnęłam się do niej, zakładając trampki.
-Okay, nie śpiesz się. I pozdrów Natha, jeśli go spotkasz, no wiesz...- mrugnęła do mnie.
-Tak, tak. Łapię.- zaśmiałam się cicho, stając na zagłówek łóżka. Po chwili podciągnęłam się na rękach i byłam na dachu, salutując do przyjaciółki dwoma palcami.
-Ty głupku.- prychnęła tylko, szczerząc się szeroko i kręcąc głową.
Zsunęłam się bezgłośnie po dachówkach i wylądowałam z gracją na ziemi. Przedostałam się niezauważona do ogrodu za domem i przecisnęłam się między ogrodzeniem na polną drogę, która prowadziła do lasu. Rozejrzałam się uważnie i przemieniłam. Wycie się ponowiło, a moje łapy same ruszyły w stronę, z której dochodziło.
~William? Nath, Henry? Dylan?~ posłałam w otaczającą mnie ciemność. Żaden z nich się nie "odezwał", co bardzo mnie zdziwiło. Zwolniłam do szybkiego truchtu i wyciągnęłam nos do góry, chcąc wyłapać jakiś zapach. Nie było tutaj nic oprócz delikatnej woni lasu i jeleni.
Wtedy usłyszałam kroki. Powolne uderzenia butów o wilgotne podłoże, rozniosło się po lesie. Wycie rozdarło wilgotne powietrze wokół, drażniąc moje uszy. Mimowolnie zawyłam krótko, wzywając bliskich.
Przystanęłam na chwilę, czekając na jakikolwiek odzew z ich strony. Nic.
Dwa ciężkie brzęknięcia, jedno po drugim, padły gdzieś obok mnie, a z drzewa pod którym stałam posypała się kora.
Kto normalny próbuje zabić wilkołaka, sam nim nie będąc?!
Warknęłam gardłowo, rozglądając się i nasłuchując.
~Kath!~ kamień spadł mi z serca, gdy usłyszałam Nathaniela.
~Jestem.~ wyprostowałam się, szukając sylwetki mojego przyjaciela.
>Uważaj!<ryknął jeszcze, zanim kula go dosięgnęła i upadł przede mną, skowycząc.
wtorek, 21 października 2014
Rozdział II
Oliver 13.10.2014
Ojciec miał rację. To znaczy... nie było jakoś specjalnie fajnie, bo już zaczynałem dostrzegać brak przyjaciół, ale jeśli chodzi o dom, to mogłem powiedzieć, że jest naprawdę okay. Był całkowicie inny, niż poprzedni, ale za to przypominał mi nasz pierwszy, wspólny kąt. Mieszkaliśmy tam, zanim mama odeszła, a rodzice wzięli rozwód, później już nigdy jej nie widziałem. Jednak nie chcę do tego wracać, pamiętam jedynie, że ojciec bardzo cierpiał.
Całe wnętrze było mieszaniną bieli i ciemnego drewna. Mieliśmy duży, kamienny kominek i spory strych, zapowiadało się naprawdę ciekawie. Gdy wczoraj postanowiłem obejrzeć wszystkie zakamarki, nie byłem w stanie ich zliczyć, znalazłem nawet tajny schowek i kilka dziwnych narzędzi, o których nie powiedziałem ojcu.
Do rozpoczęcia zajęć miałem jakieś pół godziny, a do szkoły pół kilometra, więc spokojnie zjadłem śniadanie i wyszedłem.
Kiedy byłem już pod starym, niezbyt dużym budynkiem, dłonie zaczęły mi się pocić, a serce zatrzepotało szybciej.
Nienawidzę pierwszych dni w nowej szkole. Ci wszyscy ludzie gapiący się na mnie, a tutaj, gdzie liczba mieszkańców wynosi nieco ponad osiem tysięcy, będę jeszcze większą sensacją, niż zazwyczaj.
James 13.10.2014
-Nowy na dwunastej.- burknął Zack, marszcząc brwi.
-Mhm, i co w związku z tym, Zee?- spojrzałem na niego pytająco.
-Przeczuwam coś niedobrego.- mruknął, udając zamyślonego.
-Myślisz, że Sophie od razu rzuci mu się na szyję?- zaśmiałem się głośno, a on zatkał mi usta dłonią, którą polizałem, sprawiając, że odsunął się z niesmakiem.
-Jesteś obrzydliwy. Ble...- skrzywił się i wytarł rękę o swoje spodnie, a następnie przeczesał ułożone starannie włosy.- Ma u niej szansę?- zapytał, wzdychając ciężko, nadal gapiąc się na blondyna.
-Błagam cię, to człowiek!- prychnąłem.
Teraz to na mnie skupił wzrok, mrużąc oczy, by wyglądać groźnie.
-CO.TO.MA.DO.TEGO?- wybełkotał, podkreślając każde słowo.
-Wrzuć na luz, bracie.- klepnąłem go w plecy i ruszyłem pod salę lekcyjną.
Sophie 13.10.2014
Zaczęła się właśnie cholerna matma, chyba najnudniejszy przedmiot w szkole, a ja prawie zasypiałam na stojąco. Poprzednia noc była ciężka... (nie, nie to o czym myślisz) Polowanie przeciągnęło się o dwie godziny, a potem na dodatek dopadła mnie bezsenność.
Alexander tak jak ostrzegł wcześniej, usiadł ze mną w ławce i porządnie wkurzył tym Megan.
Już po minucie dziewczyna rzuciła we mnie zwiniętą karteczką z nabazgranym szybko:" nie rozumiem dlaczego się z nim zadajesz! wyruchałby wszystko co żywe, chociaż nwm czy bycie żywym jest jednym z kryteriów w tym przypadku -.- ". Alfa zabrał mi karteczkę i uśmiechnął się triumfalnie, a jego niebieskie oczy przybrały jaskrawy odcień.
-Racja, ale wolę żywych, więcej zabawy, wiesz...- puścił jej oczko, odrzucając kawałek papieru.
Spiorunowała mnie wzrokiem, by potem odwrócić się do tablicy, grając obrażoną.
-Czyli ruchasz wszystko, co żywe?- szepnęłam mu na ucho.
-A co, jesteś chętna?- poruszył sugestywnie brwiami. Zaśmiałam się trochę zbyt głośno i na tym zakończyliśmy temat, bo Alex nagle spochmurniał, a jego oczy stały się dziwnie matowe, jakby znajdowały się za szarą mgłą.
-W porządku?- zapytałam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Zmarszczył czoło i ściągnął brwi, patrząc w blat ławki i nie odpowiadając na moje pytanie.- Haz?- nadal żadnej reakcji, aż nagle chłopak zerwał się ze swojego miejsca i wyszedł z klasy.
Automatycznie zerwałam się na nogi i podążyłam za nim, ignorując zdziwioną nauczycielkę i przerażonych uczniów.
-Hej! Co jest?- rzuciłam, gdy zobaczyłam go opartego o rząd szafek, na największym z korytarzy.
-Nie czujesz tego, Soph?- jęknął, łapiąc się za głowę i szarpiąc lekko za włosy.- Nie wytrzymam tego dłużej!- warknął, kopiąc w metalowe drzwiczki, tak, że pozostało na nich spore wgięcie w kształcie jego buta.
I wtedy do mnie też to dotarło, coś jakby paraliżujący zapach...? To był raczej dźwięk, albo coś jak połączenie jednego i drugiego. Miałam wrażenie, że moja czaszka pęka, uderzona czymś od środka. Skrzywiłam się, opadając na kolana.
-Cholera!- usłyszałam jeszcze wrzask Alexa i poczułam jak podnosi moje ciało, wychodząc na świeże powietrze.
Gdy otworzyłam oczy, które wcześniej nieświadomie zacisnęłam, zobaczyłam, że również James i Zack wydostali się z pomieszczeń, z tego samego powodu, co my.
-Spadamy stąd, szybko...- skrzywił się Alexander, zaciskając szczęki, by opanować ból.
Skinęliśmy głowami i szybko oddaliliśmy się od szkoły, przeklinając głośno i powoli wyzbywając dziwnego uczucia wewnątrz.
Ojciec miał rację. To znaczy... nie było jakoś specjalnie fajnie, bo już zaczynałem dostrzegać brak przyjaciół, ale jeśli chodzi o dom, to mogłem powiedzieć, że jest naprawdę okay. Był całkowicie inny, niż poprzedni, ale za to przypominał mi nasz pierwszy, wspólny kąt. Mieszkaliśmy tam, zanim mama odeszła, a rodzice wzięli rozwód, później już nigdy jej nie widziałem. Jednak nie chcę do tego wracać, pamiętam jedynie, że ojciec bardzo cierpiał.
Całe wnętrze było mieszaniną bieli i ciemnego drewna. Mieliśmy duży, kamienny kominek i spory strych, zapowiadało się naprawdę ciekawie. Gdy wczoraj postanowiłem obejrzeć wszystkie zakamarki, nie byłem w stanie ich zliczyć, znalazłem nawet tajny schowek i kilka dziwnych narzędzi, o których nie powiedziałem ojcu.
Do rozpoczęcia zajęć miałem jakieś pół godziny, a do szkoły pół kilometra, więc spokojnie zjadłem śniadanie i wyszedłem.
Kiedy byłem już pod starym, niezbyt dużym budynkiem, dłonie zaczęły mi się pocić, a serce zatrzepotało szybciej.
Nienawidzę pierwszych dni w nowej szkole. Ci wszyscy ludzie gapiący się na mnie, a tutaj, gdzie liczba mieszkańców wynosi nieco ponad osiem tysięcy, będę jeszcze większą sensacją, niż zazwyczaj.
James 13.10.2014
-Nowy na dwunastej.- burknął Zack, marszcząc brwi.
-Mhm, i co w związku z tym, Zee?- spojrzałem na niego pytająco.
-Przeczuwam coś niedobrego.- mruknął, udając zamyślonego.
-Myślisz, że Sophie od razu rzuci mu się na szyję?- zaśmiałem się głośno, a on zatkał mi usta dłonią, którą polizałem, sprawiając, że odsunął się z niesmakiem.
-Jesteś obrzydliwy. Ble...- skrzywił się i wytarł rękę o swoje spodnie, a następnie przeczesał ułożone starannie włosy.- Ma u niej szansę?- zapytał, wzdychając ciężko, nadal gapiąc się na blondyna.
-Błagam cię, to człowiek!- prychnąłem.
Teraz to na mnie skupił wzrok, mrużąc oczy, by wyglądać groźnie.
-CO.TO.MA.DO.TEGO?- wybełkotał, podkreślając każde słowo.
-Wrzuć na luz, bracie.- klepnąłem go w plecy i ruszyłem pod salę lekcyjną.
Sophie 13.10.2014
Zaczęła się właśnie cholerna matma, chyba najnudniejszy przedmiot w szkole, a ja prawie zasypiałam na stojąco. Poprzednia noc była ciężka... (nie, nie to o czym myślisz) Polowanie przeciągnęło się o dwie godziny, a potem na dodatek dopadła mnie bezsenność.
Alexander tak jak ostrzegł wcześniej, usiadł ze mną w ławce i porządnie wkurzył tym Megan.
Już po minucie dziewczyna rzuciła we mnie zwiniętą karteczką z nabazgranym szybko:" nie rozumiem dlaczego się z nim zadajesz! wyruchałby wszystko co żywe, chociaż nwm czy bycie żywym jest jednym z kryteriów w tym przypadku -.- ". Alfa zabrał mi karteczkę i uśmiechnął się triumfalnie, a jego niebieskie oczy przybrały jaskrawy odcień.
-Racja, ale wolę żywych, więcej zabawy, wiesz...- puścił jej oczko, odrzucając kawałek papieru.
Spiorunowała mnie wzrokiem, by potem odwrócić się do tablicy, grając obrażoną.
-Czyli ruchasz wszystko, co żywe?- szepnęłam mu na ucho.
-A co, jesteś chętna?- poruszył sugestywnie brwiami. Zaśmiałam się trochę zbyt głośno i na tym zakończyliśmy temat, bo Alex nagle spochmurniał, a jego oczy stały się dziwnie matowe, jakby znajdowały się za szarą mgłą.
-W porządku?- zapytałam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Zmarszczył czoło i ściągnął brwi, patrząc w blat ławki i nie odpowiadając na moje pytanie.- Haz?- nadal żadnej reakcji, aż nagle chłopak zerwał się ze swojego miejsca i wyszedł z klasy.
Automatycznie zerwałam się na nogi i podążyłam za nim, ignorując zdziwioną nauczycielkę i przerażonych uczniów.
-Hej! Co jest?- rzuciłam, gdy zobaczyłam go opartego o rząd szafek, na największym z korytarzy.
-Nie czujesz tego, Soph?- jęknął, łapiąc się za głowę i szarpiąc lekko za włosy.- Nie wytrzymam tego dłużej!- warknął, kopiąc w metalowe drzwiczki, tak, że pozostało na nich spore wgięcie w kształcie jego buta.
I wtedy do mnie też to dotarło, coś jakby paraliżujący zapach...? To był raczej dźwięk, albo coś jak połączenie jednego i drugiego. Miałam wrażenie, że moja czaszka pęka, uderzona czymś od środka. Skrzywiłam się, opadając na kolana.
-Cholera!- usłyszałam jeszcze wrzask Alexa i poczułam jak podnosi moje ciało, wychodząc na świeże powietrze.
Gdy otworzyłam oczy, które wcześniej nieświadomie zacisnęłam, zobaczyłam, że również James i Zack wydostali się z pomieszczeń, z tego samego powodu, co my.
-Spadamy stąd, szybko...- skrzywił się Alexander, zaciskając szczęki, by opanować ból.
Skinęliśmy głowami i szybko oddaliliśmy się od szkoły, przeklinając głośno i powoli wyzbywając dziwnego uczucia wewnątrz.
niedziela, 19 października 2014
Rozdział I
Oliver 10.10.2014
Przeprowadzka na początku października była dość głupim pomysłem.
Jednak mój ojciec miewał jeszcze głupsze...
Dla niego nie robiło to żadnej różnicy, ale ja, zmieniając otoczenie, musiałem znaleźć nowych kumpli, nauczycieli i dopasować się do społeczeństwa. Miałem w prawdzie już jakieś doświadczenie, zmienialiśmy miejsce zamieszkania około sześciu razy odkąd skończyłem pięć lat.
Tym razem wywarłem na nim minimalny wpływ i obiecał, że zostaniemy tutaj przynajmniej rok. Potem będę już pełnoletni i zrobię co zechcę.
Droga z Minneapolis do tej dziury dłużyła mi się okropnie. Wolałem mieszkać w mieście, ale on jak zawsze się uparł. Jechaliśmy już ponad piętnaście godzin.
Otworzyłem oczy, gdy poczułem, że samochód ostro skręca.
-Jesteśmy?- zapytałem mechanicznie, zdejmując nogi z tapicerki.
-Nie. Stacja benzynowa.- oznajmił mój rodzic.- Chcesz coś?- zapytał, otwierając drzwi.
-Tak.- odparłem szybko. Spojrzał na mnie oczekująco.- Chcę do Minnesoty.- burknąłem, uderzając głową o oparcie.
-Spodoba ci się tu. Obiecuję.- uśmiechnął się słabo.
-Taa.- mruknąłem, wracając do poprzedniej pozycji.
Nasz Land Rover był wygodny, dopiero teraz to zauważyłem.
Mógłbym tak leżeć jeszcze kilka godzin, ale wolałem marudzić- dla zasady.
Po jakiejś godzinie zobaczyłem dużą, drewnianą tablicę z napisem: "Wytheville". Jedynym plusem tego miejsca były góry. Appalachy wokół. Plecak miałem już spakowany i gotowy do wymarszu, ale wolałem, by ojciec o tym nie wiedział. Nie dzieliliśmy tego hobby.
Gdy auto zatrzymało się przed średniej wielkości, białym domem miałem tylko ochotę odespać tą podróż.
Sophie 10.10.2014
~Znowu byli na naszym terytorium!~ myśli całego zespołu zlewały się w jedno zdanie.
>Trop jest świeży, są niedaleko.< rzuciłam po wilczemu.
>Musielibyśmy przekroczyć granicę...< przypomniał James.
>Oni zrobili to kilka minut temu!< warknął Nicholas.
~Decyduj, Hazard.~ usłyszałam w głowie czyjąś myśl.
Alexander warknął w frustracji.
~Dobra, za mną.~ pomyślał Alfa. Jego śnieżnobiałe, smukłe łapy przekroczyły linię graniczną pomiędzy dwoma dużymi głazami. Nicholas ruszył za nim, ubezpieczając swojego przywódcę.
Ja i James pozostaliśmy w tyle, a Zack niechętnie truchtał przed nami. Po jakimś czasie, brat mrugnął do mnie porozumiewawczo i podbiegł do najlepszego przyjaciela.
Po moich kościach przeszedł zimny dreszcz, a powietrze przecięło ostrzegawcze warknięcie Alexandra. Spięłam się na moment i przyśpieszyłam kroku, zajmując miejsce obok niego już po minucie.
Naprzeciw nas stał wilk równie biały, co Alex, lecz mniejszy i z jakimś rodzajem ognia w oczach. Oparł przednie łapy o sporej wielkości skałę, w ten sposób wydawał się odrobinę większy. Z jego gardła wydobywał się charakterystyczny warkot- z pewnością był to Alfa Watahy z Appalachów. Dotarł do mnie teraz jego mocny zapach, mieszanka bezczelności i dziwnej pewności siebie. Skrzywiłam się mechanicznie i przybrałam obronną pozycję, gotowa odeprzeć jakikolwiek atak.
Zza Alfy wrogiej watahy wyszły jeszcze cztery wilki.
>Co robicie na naszym terytorium, do cholery?!< warknął ten mały hipokryta.
>Najpierw powiedz, co wy kilka minut temu robiliście na naszym.< odpowiedział zbyt spokojnym, jak na niego, głosem Hazard.
>Nie mam pojęcia o czym mówisz.< gdyby był w ludzkiej postaci, wzruszyłby zapewne ramionami i wywrócił oczami.
>Masz.< pokręcił głową Alexander.>Dokładnie wiesz o czym mówię.< wlepił w niego swoje rozzłoszczone spojrzenie.
>Kolejna zmyślona historyjka.< prychnęła znienawidzona przeze mnie wilczyca.
>Zamknij się, bo pożałujesz.< warknęłam, zginając się w gotowości do skoku.
>Mniej mów, a więcej rób!< zacharczała i wysunęła się przed swojego Alfę. Moje mięśnie napięły się i już widziałam w wyobraźni jej rozszarpane gardło.
>Spokój!< Alex kłapnął zębami, uciszając nas w ostatniej chwili.>Masz zamiar walczyć, czy rozwiążemy to inaczej?< zwrócił się do tamtego.
>Jesteśmy gotowi do walki w każdej chwili.< mruknął mniejszy.
>Daj spokój, William.< odezwał się, chyba po raz pierwszy odkąd pamiętam, duży, czarnobrązowy basior.
>Widzę, że jest w tej watasze jeszcze jakiś głosek rozsądku. Tak, więc dzisiaj wam odpuszczam, lecz jeśli jeszcze raz się to powtórzy...< zaczął Alex.
>Nie, nie powtórzy się.< odpowiedział, jak się okazało, William.
Wymieniliśmy jeszcze nienawistne spojrzenia i powoli wycofaliśmy się z ich terenu. Dzisiaj obeszło się bez walki.
Przeprowadzka na początku października była dość głupim pomysłem.
Jednak mój ojciec miewał jeszcze głupsze...
Dla niego nie robiło to żadnej różnicy, ale ja, zmieniając otoczenie, musiałem znaleźć nowych kumpli, nauczycieli i dopasować się do społeczeństwa. Miałem w prawdzie już jakieś doświadczenie, zmienialiśmy miejsce zamieszkania około sześciu razy odkąd skończyłem pięć lat.
Tym razem wywarłem na nim minimalny wpływ i obiecał, że zostaniemy tutaj przynajmniej rok. Potem będę już pełnoletni i zrobię co zechcę.
Droga z Minneapolis do tej dziury dłużyła mi się okropnie. Wolałem mieszkać w mieście, ale on jak zawsze się uparł. Jechaliśmy już ponad piętnaście godzin.
Otworzyłem oczy, gdy poczułem, że samochód ostro skręca.
-Jesteśmy?- zapytałem mechanicznie, zdejmując nogi z tapicerki.
-Nie. Stacja benzynowa.- oznajmił mój rodzic.- Chcesz coś?- zapytał, otwierając drzwi.
-Tak.- odparłem szybko. Spojrzał na mnie oczekująco.- Chcę do Minnesoty.- burknąłem, uderzając głową o oparcie.
-Spodoba ci się tu. Obiecuję.- uśmiechnął się słabo.
-Taa.- mruknąłem, wracając do poprzedniej pozycji.
Nasz Land Rover był wygodny, dopiero teraz to zauważyłem.
Mógłbym tak leżeć jeszcze kilka godzin, ale wolałem marudzić- dla zasady.
Po jakiejś godzinie zobaczyłem dużą, drewnianą tablicę z napisem: "Wytheville". Jedynym plusem tego miejsca były góry. Appalachy wokół. Plecak miałem już spakowany i gotowy do wymarszu, ale wolałem, by ojciec o tym nie wiedział. Nie dzieliliśmy tego hobby.
Gdy auto zatrzymało się przed średniej wielkości, białym domem miałem tylko ochotę odespać tą podróż.
Sophie 10.10.2014
~Znowu byli na naszym terytorium!~ myśli całego zespołu zlewały się w jedno zdanie.
>Trop jest świeży, są niedaleko.< rzuciłam po wilczemu.
>Musielibyśmy przekroczyć granicę...< przypomniał James.
>Oni zrobili to kilka minut temu!< warknął Nicholas.
~Decyduj, Hazard.~ usłyszałam w głowie czyjąś myśl.
Alexander warknął w frustracji.
~Dobra, za mną.~ pomyślał Alfa. Jego śnieżnobiałe, smukłe łapy przekroczyły linię graniczną pomiędzy dwoma dużymi głazami. Nicholas ruszył za nim, ubezpieczając swojego przywódcę.
Ja i James pozostaliśmy w tyle, a Zack niechętnie truchtał przed nami. Po jakimś czasie, brat mrugnął do mnie porozumiewawczo i podbiegł do najlepszego przyjaciela.
Po moich kościach przeszedł zimny dreszcz, a powietrze przecięło ostrzegawcze warknięcie Alexandra. Spięłam się na moment i przyśpieszyłam kroku, zajmując miejsce obok niego już po minucie.
Naprzeciw nas stał wilk równie biały, co Alex, lecz mniejszy i z jakimś rodzajem ognia w oczach. Oparł przednie łapy o sporej wielkości skałę, w ten sposób wydawał się odrobinę większy. Z jego gardła wydobywał się charakterystyczny warkot- z pewnością był to Alfa Watahy z Appalachów. Dotarł do mnie teraz jego mocny zapach, mieszanka bezczelności i dziwnej pewności siebie. Skrzywiłam się mechanicznie i przybrałam obronną pozycję, gotowa odeprzeć jakikolwiek atak.
Zza Alfy wrogiej watahy wyszły jeszcze cztery wilki.
>Co robicie na naszym terytorium, do cholery?!< warknął ten mały hipokryta.
>Najpierw powiedz, co wy kilka minut temu robiliście na naszym.< odpowiedział zbyt spokojnym, jak na niego, głosem Hazard.
>Nie mam pojęcia o czym mówisz.< gdyby był w ludzkiej postaci, wzruszyłby zapewne ramionami i wywrócił oczami.
>Masz.< pokręcił głową Alexander.>Dokładnie wiesz o czym mówię.< wlepił w niego swoje rozzłoszczone spojrzenie.
>Kolejna zmyślona historyjka.< prychnęła znienawidzona przeze mnie wilczyca.
>Zamknij się, bo pożałujesz.< warknęłam, zginając się w gotowości do skoku.
>Mniej mów, a więcej rób!< zacharczała i wysunęła się przed swojego Alfę. Moje mięśnie napięły się i już widziałam w wyobraźni jej rozszarpane gardło.
>Spokój!< Alex kłapnął zębami, uciszając nas w ostatniej chwili.>Masz zamiar walczyć, czy rozwiążemy to inaczej?< zwrócił się do tamtego.
>Jesteśmy gotowi do walki w każdej chwili.< mruknął mniejszy.
>Daj spokój, William.< odezwał się, chyba po raz pierwszy odkąd pamiętam, duży, czarnobrązowy basior.
>Widzę, że jest w tej watasze jeszcze jakiś głosek rozsądku. Tak, więc dzisiaj wam odpuszczam, lecz jeśli jeszcze raz się to powtórzy...< zaczął Alex.
>Nie, nie powtórzy się.< odpowiedział, jak się okazało, William.
Wymieniliśmy jeszcze nienawistne spojrzenia i powoli wycofaliśmy się z ich terenu. Dzisiaj obeszło się bez walki.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)