Sophie 20.10.2014
Weszliśmy razem do budynku szkoły, a dziewczyny posyłały mi zawistne spojrzenia. Przedrzeźniałam Rachel, naśladując jej minę, gdy mijaliśmy ją na szerokim korytarzu.
-No nareszcie!- doszedł do mnie głos Megan.-Gdzie byłaś?!- spiorunowała mnie wzrokiem.
-U Alexa, mamusiu.- wytknęłam jej język, uśmiechając się do chłopaka.
-I co wy tam tak długo robiliście?- zapytała podejrzliwie.
-Domyśl się.- Haz poruszył sugestywnie brwiami, drażniąc się z szatynką.
Moja przyjaciółka zmroziła go spojrzeniem i ruszyła do wyjścia.
-Megan, czekaj! Przecież przyszłam na w-f...- rzuciłam do niej.
-Ale żeby od razu z nim? Nie wiem co widzisz w tym głupku.- prychnęła, machając rękami.
-Wszystko słyszę.- wywrócił oczami Alex, stając za moimi plecami i przysuwając się stopniowo.
-Nie jest głupi, po prostu jest... sobą.- zaśmiałam się.
-Ejj.- brunet pochylił się i ugryzł mnie w szyję.
-Powinnyśmy iść, jeśli nie chcemy oberwać od nauczyciela.- mruknęła Megan.
-Od kiedy przejmujesz się panem Wattsonem?- zapytałam, idąc za nią i ciągnąc za rękę Alexa.
-Dobra, nieważne.- westchnęła szatynka. Od jakiegoś czasu była niesamowicie wkurzona, gdy tylko widziała Alexandra, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Nasze dłonie nadal były złączone, a Haz nachylił się do mojego ucha, mrucząc:
-Pasuje mi taki kontakt fizyczny.
Dla mnie było to takie naturalne, że aż trochę zadziwiało.
Przed szatniami musieliśmy się rozstać, ale nie na długo, bo po dziesięciu minutach, otworzono drzwi na halę.
Nauczyciel zarządził rozgrzewkę, więc razem z Megan zaczęłyśmy się rozciągać. Chłopcy mieli bardziej wymagające ćwiczenia. Właśnie robili pompki. Moja przyjaciółka szturchnęła mnie w ramię, wskazując głową na wysportowane ciała za mną.
Gapiła się zapewne na tego nowego blondyna, o którym wspomniała, gdy się przebierałyśmy (nawijała o nim bez przerwy, ale dobra). Mój wzrok powędrował, jednak do Hazarda. Zdecydowanie odbiegał sylwetką od reszty, jego mięśnie napinały się z każdym ruchem, a twarz wyrażała absolutne skupienia na tym co teraz robił.
-Nawet nie wiesz, jaką mam na niego ochotę!- zapiszczała jakaś blondynka, po mojej lewej, z niesmakiem zauważyłam, że śliniły się do Alexa.
-Możesz sobie pomarzyć, idiotko.- syknęłam do niej.
-Spierdalaj, nie jest twoją własnością.- odgryzła się, to w stu procentach nie był jej dzień.
-"Spierdalaj", tak?- zapytałam, wstając z gumowego podłoża.
-Myślisz, że się ciebie przestraszę? Jeśli będę chciała, mogę się z nim przespać w każdej chwili!- ta dziewczyna chyba nie posiadała instynktu samozachowawczego. Szarpnęłam ja za koszulkę i przyparłam do ściany.
-Posłuchaj, bo nie będę powtarzała kilka razy: jesteś nikim w porównaniu do mnie, a Alex nie dotknąłby cie nawet kijem, więc o nim zapomnij, jasne?- warknęłam jej w twarz.
-Sophie! Pusć koleżankę, na ten tych miast!- krzyknął wuefista. Dopiero zauważyłam, ze trzymam ja kilka centymetrów w górze, wiec kiedy puściłam, opadła przestraszona na podłogę.
Megan odciągnęła mnie za ramie na bok i zlustrowała uważnie.
-Wow, serio ci na nim zależy.- zdziwiła się. Miałam ochotę strzelić sobie w głowę, bo serio? Dopiero to zauważyła?
-Jest w ogóle taki zwrot jak "na ten tych miast"?- Haz zmarszczył brwi, podchodząc do nas powoli.
-Nie.- rzuciła Megan w miarę opanowanie, nie wyzywając go od "debili" i "wyrzutków".
Alex przeczesał palcami trochę przydługie, zawinięte na końcach włosy.
-Jestem z ciebie dumny.- powiedział, udając wzruszenie.
-Przestań, myślałam, że ją rozszarpię.- zacisnęłam szczęki.
-Nikt by za nią nie płakał.- wzruszyła ramionami Meg.
Oliver 23.10.2014
Rzuciłem plecak w kat pokoju, zmęczony tymi wszystkimi zadaniami z algebry, która mimo, że nie robiła na mnie wrażenia, była po prostu okropnie nudna.
-Oliver, zejdź na dół!- usłyszałem głos ojca dochodzący z salonu.
-Tak?- rzuciłem, schodzą po drewnianych schodach.
-Zwiększamy dystans.- oznajmił, trzymając w dłoniach mój łuk.
-Przecież wiesz, że nie lubię łucznictwa.- burknąłem.
-Przecież wiesz, że jeśli odpuścisz sobie łucznictwo, ja odpuszczę sobie twoje wakacje na Lazurowym Wybrzeżu...- wzruszył ramionami.
-To jaki teraz mamy dystans?- zapytałem z udawaną radością.
-Tak lepiej.- uśmiechnął się triumfalnie.- 90 metrów.- dodał, podając mi broń i kołczan.
Ustawiłem się w wyznaczonej odległości i napiąłem cięciwę.
-Czerwony, ósemka. Postaraj się, Oliver.- rzucił ojciec.
Sięgnąłem po kolejna strzałę i tym razem trafiła w sam środek.
Powtórzyliśmy to jeszcze jakieś 50 razy, a ojciec dawał mi ciągle przeróżne wskazówki i narzekał, jeśli strzała nie znalazła się na żółtym polu.
-Wystarczy.- powiedział w końcu, a ja rozluźniłem uścisk na majdanie, dopiero zauważając jak bardzo bolą mnie palce.
Kiedy już zabezpieczyłem sprzęt, postanowiłem przejść się po okolicy. Miałem nadzieję, że znów je zobaczę. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się tak blisko tych zwierząt. Zabrałem ze sobą aparat, by tym razem być przygotowanym.
Podczas, gdy mój ojciec uwielbiał polować z dubeltówką lub kuszą, ja preferowałem aparat fotograficzny.
Na samym początku skierowałem się w miejsce, w którym widziałem wilki kilka dni temu.
Ostatnio była tu jeszcze wyschnięta trawa i zmarznięte owoce jakiegoś krzewu.
Teraz stawałem na cienkiej warstwie śniegu, a po owocach nie było śladu.
Wokół panowała cisza, tylko szum wiatru i mój oddech. Skierowałem się na południowy-zachód i włączyłem aparat, by zrobić zdjęcie rozciągającej sie przede mną dużej polanie.
Odsunąłem urządzenie od siebie, a ciężar, który uderzył w moje plecy, wytrącił je z moich rąk.
Uderzyłem w zmarzniętą ziemię, a oczy zaszły mi mgłą.
Zajebisty rozdział *,* Mój który pisze tyle czasu, chowa się przy twoich -napisanych w chwilę. :D
OdpowiedzUsuń