Oliver 10.10.2014
Przeprowadzka na początku października była dość głupim pomysłem.
Jednak mój ojciec miewał jeszcze głupsze...
Dla niego nie robiło to żadnej różnicy, ale ja, zmieniając otoczenie, musiałem znaleźć nowych kumpli, nauczycieli i dopasować się do społeczeństwa. Miałem w prawdzie już jakieś doświadczenie, zmienialiśmy miejsce zamieszkania około sześciu razy odkąd skończyłem pięć lat.
Tym razem wywarłem na nim minimalny wpływ i obiecał, że zostaniemy tutaj przynajmniej rok. Potem będę już pełnoletni i zrobię co zechcę.
Droga z Minneapolis do tej dziury dłużyła mi się okropnie. Wolałem mieszkać w mieście, ale on jak zawsze się uparł. Jechaliśmy już ponad piętnaście godzin.
Otworzyłem oczy, gdy poczułem, że samochód ostro skręca.
-Jesteśmy?- zapytałem mechanicznie, zdejmując nogi z tapicerki.
-Nie. Stacja benzynowa.- oznajmił mój rodzic.- Chcesz coś?- zapytał, otwierając drzwi.
-Tak.- odparłem szybko. Spojrzał na mnie oczekująco.- Chcę do Minnesoty.- burknąłem, uderzając głową o oparcie.
-Spodoba ci się tu. Obiecuję.- uśmiechnął się słabo.
-Taa.- mruknąłem, wracając do poprzedniej pozycji.
Nasz Land Rover był wygodny, dopiero teraz to zauważyłem.
Mógłbym tak leżeć jeszcze kilka godzin, ale wolałem marudzić- dla zasady.
Po jakiejś godzinie zobaczyłem dużą, drewnianą tablicę z napisem: "Wytheville". Jedynym plusem tego miejsca były góry. Appalachy wokół. Plecak miałem już spakowany i gotowy do wymarszu, ale wolałem, by ojciec o tym nie wiedział. Nie dzieliliśmy tego hobby.
Gdy auto zatrzymało się przed średniej wielkości, białym domem miałem tylko ochotę odespać tą podróż.
Sophie 10.10.2014
~Znowu byli na naszym terytorium!~ myśli całego zespołu zlewały się w jedno zdanie.
>Trop jest świeży, są niedaleko.< rzuciłam po wilczemu.
>Musielibyśmy przekroczyć granicę...< przypomniał James.
>Oni zrobili to kilka minut temu!< warknął Nicholas.
~Decyduj, Hazard.~ usłyszałam w głowie czyjąś myśl.
Alexander warknął w frustracji.
~Dobra, za mną.~ pomyślał Alfa. Jego śnieżnobiałe, smukłe łapy przekroczyły linię graniczną pomiędzy dwoma dużymi głazami. Nicholas ruszył za nim, ubezpieczając swojego przywódcę.
Ja i James pozostaliśmy w tyle, a Zack niechętnie truchtał przed nami. Po jakimś czasie, brat mrugnął do mnie porozumiewawczo i podbiegł do najlepszego przyjaciela.
Po moich kościach przeszedł zimny dreszcz, a powietrze przecięło ostrzegawcze warknięcie Alexandra. Spięłam się na moment i przyśpieszyłam kroku, zajmując miejsce obok niego już po minucie.
Naprzeciw nas stał wilk równie biały, co Alex, lecz mniejszy i z jakimś rodzajem ognia w oczach. Oparł przednie łapy o sporej wielkości skałę, w ten sposób wydawał się odrobinę większy. Z jego gardła wydobywał się charakterystyczny warkot- z pewnością był to Alfa Watahy z Appalachów. Dotarł do mnie teraz jego mocny zapach, mieszanka bezczelności i dziwnej pewności siebie. Skrzywiłam się mechanicznie i przybrałam obronną pozycję, gotowa odeprzeć jakikolwiek atak.
Zza Alfy wrogiej watahy wyszły jeszcze cztery wilki.
>Co robicie na naszym terytorium, do cholery?!< warknął ten mały hipokryta.
>Najpierw powiedz, co wy kilka minut temu robiliście na naszym.< odpowiedział zbyt spokojnym, jak na niego, głosem Hazard.
>Nie mam pojęcia o czym mówisz.< gdyby był w ludzkiej postaci, wzruszyłby zapewne ramionami i wywrócił oczami.
>Masz.< pokręcił głową Alexander.>Dokładnie wiesz o czym mówię.< wlepił w niego swoje rozzłoszczone spojrzenie.
>Kolejna zmyślona historyjka.< prychnęła znienawidzona przeze mnie wilczyca.
>Zamknij się, bo pożałujesz.< warknęłam, zginając się w gotowości do skoku.
>Mniej mów, a więcej rób!< zacharczała i wysunęła się przed swojego Alfę. Moje mięśnie napięły się i już widziałam w wyobraźni jej rozszarpane gardło.
>Spokój!< Alex kłapnął zębami, uciszając nas w ostatniej chwili.>Masz zamiar walczyć, czy rozwiążemy to inaczej?< zwrócił się do tamtego.
>Jesteśmy gotowi do walki w każdej chwili.< mruknął mniejszy.
>Daj spokój, William.< odezwał się, chyba po raz pierwszy odkąd pamiętam, duży, czarnobrązowy basior.
>Widzę, że jest w tej watasze jeszcze jakiś głosek rozsądku. Tak, więc dzisiaj wam odpuszczam, lecz jeśli jeszcze raz się to powtórzy...< zaczął Alex.
>Nie, nie powtórzy się.< odpowiedział, jak się okazało, William.
Wymieniliśmy jeszcze nienawistne spojrzenia i powoli wycofaliśmy się z ich terenu. Dzisiaj obeszło się bez walki.
Fajt kurfa :D
OdpowiedzUsuń