sobota, 22 listopada 2014

Rozdział IV

Sophie 20.10.2014
Miałam półgodzinne spóźnienie na pierwszą lekcję, a na dodatek Megan wydzwaniała do mnie bez przerwy. Jednak trudno mi było odebrać telefon, gdy znajdował się on na dnie plecaka, który niosłam w pysku. Do celu zostały mi jeszcze cztery kilometry, a szorstki materiał coraz bardziej utrudniał oddychanie.
~Sophie.~ usłyszałam i zahamowałam od razu.
~Haz?~ zdziwiłam się, obserwując otaczające mnie drzewa.
~Taa. Co robisz w lesie? Powinnaś być w szkole.~ przesłał do mnie.
~I kto to mówi.~ prychnęłam.
~Racja.~ zaśmiał się.
~Ojciec cię zabije, jak znowu zawalisz klasę.~ mruknęłam, dostrzegając idącego w moją stronę śnieżnobiałego wilka.
~To się nie stanie.~ zapewnił, będąc już przy mnie i gapiąc się z "uśmiechem" na plecak, który ściskałam zębami.~Zmierzasz na zajęcia?~ zaśmiał się.
~Jakbyś nie wiedział...~ burknęłam, wypluwając zbędny bagaż, a mój telefon ponownie zadzwonił.
~Co ty na to, by opuścić jeszcze jeden dzień?~ zaproponował.
~I tak mamy już tydzień zaległości, ale...~ zaczęłam.
~To świetnie.~ zakończył, posyłając mi zadowolone spojrzenie.~Do mnie, czy do ciebie?~ zapytał.
~Meg się obrazi, jeżeli nie będzie mnie na w-f'ie.~ pomyślałam.
~To takie ważne?~ zakpił.
~Jak widać.~ wywróciłam oczami.
~Który mamy ten w-f? Hm?~ spytał z niechęcią.
~Ostatni- piąty.~ odpowiedziałam.
~Dobra, też wpadnę.~ pokręcił głową.~Ale najpierw wpadniemy do mnie po plecak.~zadecydował, nie dopuszczając do siebie żadnych sprzeciwów. Jedyne co mi pozostało to pójść za nim.

Katherine 20.10.2014
Zatrzasnęłam drzwi szafki, a kilkoro uczniów wokół spojrzało na mnie z konsternacją.
-Pieprzcie się.- burknęłam pod nosem i ruszyłam szybkim krokiem pod klasę.
Tam już czekała na mnie Grace. Uderzała nerwowo palcami o ścianę, na której opierały się jej plecy, a w powietrzu wyczułam jej zdenerwowanie.
-Żyjesz?- zapytałam ze sztucznym uśmiechem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Czy ja żyję? Ja?!- krzyknełam, chwytając mnie za ramiona.
-Uspokój się, wszystko okay z Nathanielem...- wywróciłam oczami.
-Prawie umarłam, gdy się o tym dowiedziałam, a ty mówisz, że jest "okay"?- jej oczy przybrały rozmiar pięciofuntówek.
-Dostał w łapę, to znaczy... w przedramię, jeśli patrzysz na to w ten sposób, została tylko mała blizna.- wzruszyłam ramionami.- To były zwykłe kule.- dodałam, a Grace odsunęła się nieznacznie.
-Czyli to przeżyje?- spytała jeszcze.
-Jasne, że tak, Grace, błagam cię.- westchnęłam, a ona machnęła na mnie dłonią.
-To chyba normalne, że się martwię.- mruknęła, podnosząc swoja torbę z podłogi.
-Ale chyba zapomniałaś, że on jest nieśmiertelny.- rzuciłam ironicznie.
Zmrużyła na mnie groźnie oczy i przeczesała swoje falowane włosy palcami.
-O ciebie też się martwię, mam przestać?- burknęła.
-Aww! To takie słodkie!- owinęłam ją ramionami i przytuliłam mocno.
-Nie zmieniaj tematu!- warknęła, jednak odwzajemniła mój uścisk.
Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam szeroko, wiedząc, że dopięłam swego. Miałam nadzieję, że dziś już nie spyta o Natha, bo to zaczynało być irytujące. Przecież nasze rany goją się w ciągu kilku sekund!
Gdy nagle poczułam mocny, boleśnie kłujący zapach, wiedziałam kto się do nas zbliża.
Szybko się odwróciłam, a dłonie Williama wylądowały na mojej talii.
-Znowu popsułaś mój efekt zaskoczenia.- oburzył się, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Nie moja wina, że bezczelność ma tak silną woń.- zaśmiałam się, roztrzepując jego włosy.
-Hej!- obruszył się, szybko je poprawiając.
-Cześć, Will.- rzuciła zza mnie Grace.
-Hejka, Vixen.- mrugnął do niej i rozejrzał się dookoła.- Jest już Henry?- zapytał, skupiając swoje turkusowe tęczówki na mnie.
Zaciągnęłam się powietrzem i prześledziłam każdy zapach z osobna.
-Nie, jeszcze nie.- oznajmiłam.
-Swoją drogą, to niesprawiedliwe, że dziewczyny mają bardziej wyczulone powonienie.- zasępił się szatyn.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, ciesząc się z tej przewagi nad chłopakami.
-Według mnie bardzo sprawiedliwe.- zaśmiała się Grace, a ja pokiwałam głową z aprobatą.
-Ludzie i lisy głosu nie mają.- Will dziecinnie wytknął jej język.
-Nie wiem czy bardziej powinnam się przejąć tym, że drwisz z mojego nazwiska, czy że uważasz się za lepszego od ludzi.- prychnęła blondynka lekceważąco.
-A że niby nie jestem lepszy?- zaśmiał się drwiąco.
-Już ci kiedyś coś na ten temat mówiłam...- zaczęła moja przyjaciółka.
Podczas gdy ta dwójka się spierała o jakieś banały, do mnie dotarł słodki zapach uprzejmości i wszechogarniającej miłości do wszystkiego wokół.
-Willy, pytałeś o Henry'ego, nie?- rzuciłam w kierunku szatyna.
-Zabraniam ci tak do mnie mówić! Przez to maleję w oczach innych.- pisnął mój Alfa. Te dwa wyrazy nie powinny stać obok siebie, przywódca nie powinien wydawać takich dźwięków, ale co poradzić. Ważne, że jest znośny i można sobie z niego żartować do woli. Powodów do tego jest naprawdę wiele...
-Już bardziej zmaleć nie możesz.- oto jeden z nich. Grace uśmiechnęła się do szatyna bezczelnie, wiedząc jak go to denerwuje.
-Nie jestem niski!- oburzył się Will, automatycznie prostując i spinając mięśnie, by wyglądać na większego. Gdyby był teraz w wilczej postaci, sierść na jego grzbiecie i obfita kryza, zjeżyłyby się. 
-Cześć.- odezwał się z boku powolny, lekko zachrypnięty głos.
-Oo, Henry! Szukałem cię.- uśmiechnął się uroczo szatyn.
-Tak? A to dlaczego?- zdziwił się brunet.
-No wiesz... Potrzebny mi ktoś na dzisiejszy obchód.- oznajmił William.
-Obchód?- Henry uniósł brwi.
-Obchód.
-To ciekawe, bo nie wiem nic na temat obchodu.- stwierdził wyższy.
-Jak to nic nie wiesz?!
-A powinienem?
-No raczej?
-A może jednak nie?
-A mógłbyś skończyć odpowiadać na moje pytanie pytaniem?
-Jesteś chory?
-Co?
-Przestaniesz?
-Cholera, Henry, co z tobą?
-Ze mną?
-Odpowiesz mi normalnie?!
-A powinienem? Nie czekaj, to już było...
-Nareszcie.- William uderzył się otwartą dłonią w twarz.
-Doprawdy?- wyszczerzył się brunet.
-Boże, dlaczego mi to robisz?- jęknął niższy.
-Jesteś wierzący?- zdziwił się Henry.
-A ty nie?
-No i wracamy do gry: a powinienem?
-Henry!!!
-To może my was zostawimy, żebyście mogli pozadawać sobie pytania w ciszy i spokoju.- zaproponowałam ironicznie, przerywając ich dialog.
-Kath? Co tu robisz?
-William, jesteś tak ślepy czy głuchy?- prychnęłam, wywracając oczami.
-A może oba naraz?- dodał Henry.
-Jestem Alfą, nie możecie tak do mnie mówić!- oburzył się szatyn.
-Ale powinniśmy...- westchnął brunet.
-Dobra, serio stąd chodźmy.- rzuciła Grace, ciągnąc mnie za rękę do klasy.
Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.

1 komentarz: