wtorek, 21 października 2014

Rozdział II

Oliver 13.10.2014
Ojciec miał rację. To znaczy... nie było jakoś specjalnie fajnie, bo już zaczynałem dostrzegać brak przyjaciół, ale jeśli chodzi o dom, to mogłem powiedzieć, że jest naprawdę okay. Był całkowicie inny, niż poprzedni, ale za to przypominał mi nasz pierwszy, wspólny kąt. Mieszkaliśmy tam, zanim mama odeszła, a rodzice wzięli rozwód, później już nigdy jej nie widziałem. Jednak nie chcę do tego wracać, pamiętam jedynie, że ojciec bardzo cierpiał.
Całe wnętrze było mieszaniną bieli i ciemnego drewna. Mieliśmy duży, kamienny kominek i spory strych, zapowiadało się naprawdę ciekawie. Gdy wczoraj postanowiłem obejrzeć wszystkie zakamarki, nie byłem w stanie ich zliczyć, znalazłem nawet tajny schowek i kilka dziwnych narzędzi, o których nie powiedziałem ojcu.
Do rozpoczęcia zajęć miałem jakieś pół godziny, a do szkoły pół kilometra, więc spokojnie zjadłem śniadanie i wyszedłem.
Kiedy byłem już pod starym, niezbyt dużym budynkiem, dłonie zaczęły mi się pocić, a serce zatrzepotało szybciej.
Nienawidzę pierwszych dni w nowej szkole. Ci wszyscy ludzie gapiący się na mnie, a tutaj, gdzie liczba mieszkańców wynosi nieco ponad osiem tysięcy, będę jeszcze większą sensacją, niż zazwyczaj.

James 13.10.2014
-Nowy na dwunastej.- burknął Zack, marszcząc brwi.
-Mhm, i co w związku z tym, Zee?- spojrzałem na niego pytająco.
-Przeczuwam coś niedobrego.- mruknął, udając zamyślonego.
-Myślisz, że Sophie od razu rzuci mu się na szyję?- zaśmiałem się głośno, a on zatkał mi usta dłonią, którą polizałem, sprawiając, że odsunął się z niesmakiem.
-Jesteś obrzydliwy. Ble...- skrzywił się i wytarł rękę o swoje spodnie, a następnie przeczesał ułożone starannie włosy.- Ma u niej szansę?- zapytał, wzdychając ciężko, nadal gapiąc się na blondyna.
-Błagam cię, to człowiek!- prychnąłem.
Teraz to na mnie skupił wzrok, mrużąc oczy, by wyglądać groźnie.
-CO.TO.MA.DO.TEGO?- wybełkotał, podkreślając każde słowo.
-Wrzuć na luz, bracie.- klepnąłem go w plecy i ruszyłem pod salę lekcyjną.

Sophie 13.10.2014
Zaczęła się właśnie cholerna matma, chyba najnudniejszy przedmiot w szkole, a ja prawie zasypiałam na stojąco. Poprzednia noc była ciężka... (nie, nie to o czym myślisz) Polowanie przeciągnęło się o dwie godziny, a potem na dodatek dopadła mnie bezsenność.  
Alexander tak jak ostrzegł wcześniej, usiadł ze mną w ławce i porządnie wkurzył tym Megan.
Już po minucie dziewczyna rzuciła we mnie zwiniętą karteczką z nabazgranym szybko:" nie rozumiem dlaczego się z nim zadajesz! wyruchałby wszystko co żywe, chociaż nwm czy bycie żywym jest jednym z kryteriów w tym przypadku -.- ". Alfa zabrał mi karteczkę i uśmiechnął się triumfalnie, a jego niebieskie oczy przybrały jaskrawy odcień.
-Racja, ale wolę żywych, więcej zabawy, wiesz...- puścił jej oczko, odrzucając kawałek papieru.
Spiorunowała mnie wzrokiem, by potem odwrócić się do tablicy, grając obrażoną.
-Czyli ruchasz wszystko, co żywe?- szepnęłam mu na ucho.
-A co, jesteś chętna?- poruszył sugestywnie brwiami. Zaśmiałam się trochę zbyt głośno i na tym zakończyliśmy temat, bo Alex nagle spochmurniał, a jego oczy stały się dziwnie matowe, jakby znajdowały się za szarą mgłą.
-W porządku?- zapytałam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Zmarszczył czoło i ściągnął brwi, patrząc w blat ławki i nie odpowiadając na moje pytanie.- Haz?- nadal żadnej reakcji, aż nagle chłopak zerwał się ze swojego miejsca i wyszedł z klasy.
Automatycznie zerwałam się na nogi i podążyłam za nim, ignorując zdziwioną nauczycielkę i przerażonych uczniów.
-Hej! Co jest?- rzuciłam, gdy zobaczyłam go opartego o rząd szafek, na największym z korytarzy.
-Nie czujesz tego, Soph?- jęknął, łapiąc się za głowę i szarpiąc lekko za włosy.- Nie wytrzymam tego dłużej!- warknął, kopiąc w metalowe drzwiczki, tak, że pozostało na nich spore wgięcie w kształcie jego buta.
I wtedy do mnie też to dotarło, coś jakby paraliżujący zapach...? To był raczej dźwięk, albo coś jak połączenie jednego i drugiego. Miałam wrażenie, że moja czaszka pęka, uderzona czymś od środka. Skrzywiłam się, opadając na kolana.
-Cholera!- usłyszałam jeszcze wrzask Alexa i poczułam jak podnosi moje ciało, wychodząc na świeże powietrze.  
Gdy otworzyłam oczy, które wcześniej nieświadomie zacisnęłam, zobaczyłam, że również James i Zack wydostali się z pomieszczeń, z tego samego powodu, co my.
-Spadamy stąd, szybko...- skrzywił się Alexander, zaciskając szczęki, by opanować ból.
Skinęliśmy głowami i szybko oddaliliśmy się od szkoły, przeklinając głośno i powoli wyzbywając dziwnego uczucia wewnątrz.




niedziela, 19 października 2014

Rozdział I

Oliver 10.10.2014
Przeprowadzka na początku października była dość głupim pomysłem.
Jednak mój ojciec miewał jeszcze głupsze...
Dla niego nie robiło to żadnej różnicy, ale ja, zmieniając otoczenie, musiałem znaleźć nowych kumpli, nauczycieli i dopasować się do społeczeństwa. Miałem w prawdzie już jakieś doświadczenie, zmienialiśmy miejsce zamieszkania około sześciu razy odkąd skończyłem pięć lat.
Tym razem wywarłem na nim minimalny wpływ i obiecał, że zostaniemy tutaj przynajmniej rok. Potem będę już pełnoletni i zrobię co zechcę.
Droga z Minneapolis do tej dziury dłużyła mi się okropnie. Wolałem mieszkać w mieście, ale on jak zawsze się uparł. Jechaliśmy już ponad piętnaście godzin.
Otworzyłem oczy, gdy poczułem, że samochód ostro skręca.
-Jesteśmy?- zapytałem mechanicznie, zdejmując nogi z tapicerki.
-Nie. Stacja benzynowa.- oznajmił mój rodzic.- Chcesz coś?- zapytał, otwierając drzwi.
-Tak.- odparłem szybko. Spojrzał na mnie oczekująco.- Chcę do Minnesoty.- burknąłem, uderzając głową o oparcie.
-Spodoba ci się tu. Obiecuję.- uśmiechnął się słabo.
-Taa.- mruknąłem, wracając do poprzedniej pozycji.
Nasz Land Rover był wygodny, dopiero teraz to zauważyłem.
Mógłbym tak leżeć jeszcze kilka godzin, ale wolałem marudzić- dla zasady.

Po jakiejś godzinie zobaczyłem dużą, drewnianą tablicę z napisem: "Wytheville". Jedynym plusem tego miejsca były góry. Appalachy wokół. Plecak miałem już spakowany i gotowy do wymarszu, ale wolałem, by ojciec o tym nie wiedział. Nie dzieliliśmy tego hobby.
Gdy auto zatrzymało się przed średniej wielkości, białym domem miałem tylko ochotę odespać tą podróż.

Sophie 10.10.2014
~Znowu byli na naszym terytorium!~ myśli całego zespołu zlewały się w jedno zdanie.
>Trop jest świeży, są niedaleko.< rzuciłam po wilczemu.
>Musielibyśmy przekroczyć granicę...< przypomniał James.
>Oni zrobili to kilka minut temu!< warknął Nicholas.
~Decyduj, Hazard.~ usłyszałam w głowie czyjąś myśl.
Alexander warknął w frustracji.
~Dobra, za mną.~ pomyślał Alfa. Jego śnieżnobiałe, smukłe łapy przekroczyły linię graniczną pomiędzy dwoma dużymi głazami. Nicholas ruszył za nim, ubezpieczając swojego przywódcę.
Ja i James pozostaliśmy w tyle, a Zack niechętnie truchtał przed nami. Po jakimś czasie, brat mrugnął do mnie porozumiewawczo i podbiegł do najlepszego przyjaciela.
Po moich kościach przeszedł zimny dreszcz, a powietrze przecięło ostrzegawcze warknięcie Alexandra. Spięłam się na moment i przyśpieszyłam kroku, zajmując miejsce obok niego już po minucie.
Naprzeciw nas stał wilk równie biały, co Alex, lecz mniejszy i z jakimś rodzajem ognia w oczach. Oparł przednie łapy o sporej wielkości skałę, w ten sposób wydawał się odrobinę większy. Z jego gardła wydobywał się charakterystyczny warkot- z pewnością był to Alfa Watahy z Appalachów. Dotarł do mnie teraz jego mocny zapach, mieszanka bezczelności i dziwnej pewności siebie. Skrzywiłam się mechanicznie i przybrałam obronną pozycję, gotowa odeprzeć jakikolwiek atak.
Zza Alfy wrogiej watahy wyszły jeszcze cztery wilki.
>Co robicie na naszym terytorium, do cholery?!< warknął ten mały hipokryta.
>Najpierw powiedz, co wy kilka minut temu robiliście na naszym.< odpowiedział zbyt spokojnym, jak na niego, głosem Hazard.
>Nie mam pojęcia o czym mówisz.< gdyby był w ludzkiej postaci, wzruszyłby zapewne ramionami i wywrócił oczami.
>Masz.< pokręcił głową Alexander.>Dokładnie wiesz o czym mówię.< wlepił w niego swoje rozzłoszczone spojrzenie.
>Kolejna zmyślona historyjka.< prychnęła znienawidzona przeze mnie wilczyca.
>Zamknij się, bo pożałujesz.< warknęłam, zginając się w gotowości do skoku.
>Mniej mów, a więcej rób!< zacharczała i wysunęła się przed swojego Alfę. Moje mięśnie napięły się i już widziałam w wyobraźni jej rozszarpane gardło.
>Spokój!< Alex kłapnął zębami, uciszając nas w ostatniej chwili.>Masz zamiar walczyć, czy rozwiążemy to inaczej?< zwrócił się do tamtego.
>Jesteśmy gotowi do walki w każdej chwili.< mruknął mniejszy.
>Daj spokój, William.< odezwał się, chyba po raz pierwszy odkąd pamiętam, duży, czarnobrązowy basior.
>Widzę, że jest w tej watasze jeszcze jakiś głosek rozsądku. Tak, więc dzisiaj wam odpuszczam, lecz jeśli jeszcze raz się to powtórzy...< zaczął Alex.
>Nie, nie powtórzy się.< odpowiedział, jak się okazało, William.
Wymieniliśmy jeszcze nienawistne spojrzenia i powoli wycofaliśmy się z ich terenu. Dzisiaj obeszło się bez walki.