Sophie 20.10.2014
Weszliśmy razem do budynku szkoły, a dziewczyny posyłały mi zawistne spojrzenia. Przedrzeźniałam Rachel, naśladując jej minę, gdy mijaliśmy ją na szerokim korytarzu.
-No nareszcie!- doszedł do mnie głos Megan.-Gdzie byłaś?!- spiorunowała mnie wzrokiem.
-U Alexa, mamusiu.- wytknęłam jej język, uśmiechając się do chłopaka.
-I co wy tam tak długo robiliście?- zapytała podejrzliwie.
-Domyśl się.- Haz poruszył sugestywnie brwiami, drażniąc się z szatynką.
Moja przyjaciółka zmroziła go spojrzeniem i ruszyła do wyjścia.
-Megan, czekaj! Przecież przyszłam na w-f...- rzuciłam do niej.
-Ale żeby od razu z nim? Nie wiem co widzisz w tym głupku.- prychnęła, machając rękami.
-Wszystko słyszę.- wywrócił oczami Alex, stając za moimi plecami i przysuwając się stopniowo.
-Nie jest głupi, po prostu jest... sobą.- zaśmiałam się.
-Ejj.- brunet pochylił się i ugryzł mnie w szyję.
-Powinnyśmy iść, jeśli nie chcemy oberwać od nauczyciela.- mruknęła Megan.
-Od kiedy przejmujesz się panem Wattsonem?- zapytałam, idąc za nią i ciągnąc za rękę Alexa.
-Dobra, nieważne.- westchnęła szatynka. Od jakiegoś czasu była niesamowicie wkurzona, gdy tylko widziała Alexandra, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Nasze dłonie nadal były złączone, a Haz nachylił się do mojego ucha, mrucząc:
-Pasuje mi taki kontakt fizyczny.
Dla mnie było to takie naturalne, że aż trochę zadziwiało.
Przed szatniami musieliśmy się rozstać, ale nie na długo, bo po dziesięciu minutach, otworzono drzwi na halę.
Nauczyciel zarządził rozgrzewkę, więc razem z Megan zaczęłyśmy się rozciągać. Chłopcy mieli bardziej wymagające ćwiczenia. Właśnie robili pompki. Moja przyjaciółka szturchnęła mnie w ramię, wskazując głową na wysportowane ciała za mną.
Gapiła się zapewne na tego nowego blondyna, o którym wspomniała, gdy się przebierałyśmy (nawijała o nim bez przerwy, ale dobra). Mój wzrok powędrował, jednak do Hazarda. Zdecydowanie odbiegał sylwetką od reszty, jego mięśnie napinały się z każdym ruchem, a twarz wyrażała absolutne skupienia na tym co teraz robił.
-Nawet nie wiesz, jaką mam na niego ochotę!- zapiszczała jakaś blondynka, po mojej lewej, z niesmakiem zauważyłam, że śliniły się do Alexa.
-Możesz sobie pomarzyć, idiotko.- syknęłam do niej.
-Spierdalaj, nie jest twoją własnością.- odgryzła się, to w stu procentach nie był jej dzień.
-"Spierdalaj", tak?- zapytałam, wstając z gumowego podłoża.
-Myślisz, że się ciebie przestraszę? Jeśli będę chciała, mogę się z nim przespać w każdej chwili!- ta dziewczyna chyba nie posiadała instynktu samozachowawczego. Szarpnęłam ja za koszulkę i przyparłam do ściany.
-Posłuchaj, bo nie będę powtarzała kilka razy: jesteś nikim w porównaniu do mnie, a Alex nie dotknąłby cie nawet kijem, więc o nim zapomnij, jasne?- warknęłam jej w twarz.
-Sophie! Pusć koleżankę, na ten tych miast!- krzyknął wuefista. Dopiero zauważyłam, ze trzymam ja kilka centymetrów w górze, wiec kiedy puściłam, opadła przestraszona na podłogę.
Megan odciągnęła mnie za ramie na bok i zlustrowała uważnie.
-Wow, serio ci na nim zależy.- zdziwiła się. Miałam ochotę strzelić sobie w głowę, bo serio? Dopiero to zauważyła?
-Jest w ogóle taki zwrot jak "na ten tych miast"?- Haz zmarszczył brwi, podchodząc do nas powoli.
-Nie.- rzuciła Megan w miarę opanowanie, nie wyzywając go od "debili" i "wyrzutków".
Alex przeczesał palcami trochę przydługie, zawinięte na końcach włosy.
-Jestem z ciebie dumny.- powiedział, udając wzruszenie.
-Przestań, myślałam, że ją rozszarpię.- zacisnęłam szczęki.
-Nikt by za nią nie płakał.- wzruszyła ramionami Meg.
Oliver 23.10.2014
Rzuciłem plecak w kat pokoju, zmęczony tymi wszystkimi zadaniami z algebry, która mimo, że nie robiła na mnie wrażenia, była po prostu okropnie nudna.
-Oliver, zejdź na dół!- usłyszałem głos ojca dochodzący z salonu.
-Tak?- rzuciłem, schodzą po drewnianych schodach.
-Zwiększamy dystans.- oznajmił, trzymając w dłoniach mój łuk.
-Przecież wiesz, że nie lubię łucznictwa.- burknąłem.
-Przecież wiesz, że jeśli odpuścisz sobie łucznictwo, ja odpuszczę sobie twoje wakacje na Lazurowym Wybrzeżu...- wzruszył ramionami.
-To jaki teraz mamy dystans?- zapytałem z udawaną radością.
-Tak lepiej.- uśmiechnął się triumfalnie.- 90 metrów.- dodał, podając mi broń i kołczan.
Ustawiłem się w wyznaczonej odległości i napiąłem cięciwę.
-Czerwony, ósemka. Postaraj się, Oliver.- rzucił ojciec.
Sięgnąłem po kolejna strzałę i tym razem trafiła w sam środek.
Powtórzyliśmy to jeszcze jakieś 50 razy, a ojciec dawał mi ciągle przeróżne wskazówki i narzekał, jeśli strzała nie znalazła się na żółtym polu.
-Wystarczy.- powiedział w końcu, a ja rozluźniłem uścisk na majdanie, dopiero zauważając jak bardzo bolą mnie palce.
Kiedy już zabezpieczyłem sprzęt, postanowiłem przejść się po okolicy. Miałem nadzieję, że znów je zobaczę. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się tak blisko tych zwierząt. Zabrałem ze sobą aparat, by tym razem być przygotowanym.
Podczas, gdy mój ojciec uwielbiał polować z dubeltówką lub kuszą, ja preferowałem aparat fotograficzny.
Na samym początku skierowałem się w miejsce, w którym widziałem wilki kilka dni temu.
Ostatnio była tu jeszcze wyschnięta trawa i zmarznięte owoce jakiegoś krzewu.
Teraz stawałem na cienkiej warstwie śniegu, a po owocach nie było śladu.
Wokół panowała cisza, tylko szum wiatru i mój oddech. Skierowałem się na południowy-zachód i włączyłem aparat, by zrobić zdjęcie rozciągającej sie przede mną dużej polanie.
Odsunąłem urządzenie od siebie, a ciężar, który uderzył w moje plecy, wytrącił je z moich rąk.
Uderzyłem w zmarzniętą ziemię, a oczy zaszły mi mgłą.
sobota, 22 listopada 2014
Rozdział IV
Sophie 20.10.2014
Miałam półgodzinne spóźnienie na pierwszą lekcję, a na dodatek Megan wydzwaniała do mnie bez przerwy. Jednak trudno mi było odebrać telefon, gdy znajdował się on na dnie plecaka, który niosłam w pysku. Do celu zostały mi jeszcze cztery kilometry, a szorstki materiał coraz bardziej utrudniał oddychanie.
~Sophie.~ usłyszałam i zahamowałam od razu.
~Haz?~ zdziwiłam się, obserwując otaczające mnie drzewa.
~Taa. Co robisz w lesie? Powinnaś być w szkole.~ przesłał do mnie.
~I kto to mówi.~ prychnęłam.
~Racja.~ zaśmiał się.
~Ojciec cię zabije, jak znowu zawalisz klasę.~ mruknęłam, dostrzegając idącego w moją stronę śnieżnobiałego wilka.
~To się nie stanie.~ zapewnił, będąc już przy mnie i gapiąc się z "uśmiechem" na plecak, który ściskałam zębami.~Zmierzasz na zajęcia?~ zaśmiał się.
~Jakbyś nie wiedział...~ burknęłam, wypluwając zbędny bagaż, a mój telefon ponownie zadzwonił.
~Co ty na to, by opuścić jeszcze jeden dzień?~ zaproponował.
~I tak mamy już tydzień zaległości, ale...~ zaczęłam.
~To świetnie.~ zakończył, posyłając mi zadowolone spojrzenie.~Do mnie, czy do ciebie?~ zapytał.
~Meg się obrazi, jeżeli nie będzie mnie na w-f'ie.~ pomyślałam.
~To takie ważne?~ zakpił.
~Jak widać.~ wywróciłam oczami.
~Który mamy ten w-f? Hm?~ spytał z niechęcią.
~Ostatni- piąty.~ odpowiedziałam.
~Dobra, też wpadnę.~ pokręcił głową.~Ale najpierw wpadniemy do mnie po plecak.~zadecydował, nie dopuszczając do siebie żadnych sprzeciwów. Jedyne co mi pozostało to pójść za nim.
Katherine 20.10.2014
Zatrzasnęłam drzwi szafki, a kilkoro uczniów wokół spojrzało na mnie z konsternacją.
-Pieprzcie się.- burknęłam pod nosem i ruszyłam szybkim krokiem pod klasę.
Tam już czekała na mnie Grace. Uderzała nerwowo palcami o ścianę, na której opierały się jej plecy, a w powietrzu wyczułam jej zdenerwowanie.
-Żyjesz?- zapytałam ze sztucznym uśmiechem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Czy ja żyję? Ja?!- krzyknełam, chwytając mnie za ramiona.
-Uspokój się, wszystko okay z Nathanielem...- wywróciłam oczami.
-Prawie umarłam, gdy się o tym dowiedziałam, a ty mówisz, że jest "okay"?- jej oczy przybrały rozmiar pięciofuntówek.
-Dostał w łapę, to znaczy... w przedramię, jeśli patrzysz na to w ten sposób, została tylko mała blizna.- wzruszyłam ramionami.- To były zwykłe kule.- dodałam, a Grace odsunęła się nieznacznie.
-Czyli to przeżyje?- spytała jeszcze.
-Jasne, że tak, Grace, błagam cię.- westchnęłam, a ona machnęła na mnie dłonią.
-To chyba normalne, że się martwię.- mruknęła, podnosząc swoja torbę z podłogi.
-Ale chyba zapomniałaś, że on jest nieśmiertelny.- rzuciłam ironicznie.
Zmrużyła na mnie groźnie oczy i przeczesała swoje falowane włosy palcami.
-O ciebie też się martwię, mam przestać?- burknęła.
-Aww! To takie słodkie!- owinęłam ją ramionami i przytuliłam mocno.
-Nie zmieniaj tematu!- warknęła, jednak odwzajemniła mój uścisk.
Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam szeroko, wiedząc, że dopięłam swego. Miałam nadzieję, że dziś już nie spyta o Natha, bo to zaczynało być irytujące. Przecież nasze rany goją się w ciągu kilku sekund!
Gdy nagle poczułam mocny, boleśnie kłujący zapach, wiedziałam kto się do nas zbliża.
Szybko się odwróciłam, a dłonie Williama wylądowały na mojej talii.
-Znowu popsułaś mój efekt zaskoczenia.- oburzył się, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Nie moja wina, że bezczelność ma tak silną woń.- zaśmiałam się, roztrzepując jego włosy.
-Hej!- obruszył się, szybko je poprawiając.
-Cześć, Will.- rzuciła zza mnie Grace.
-Hejka, Vixen.- mrugnął do niej i rozejrzał się dookoła.- Jest już Henry?- zapytał, skupiając swoje turkusowe tęczówki na mnie.
Zaciągnęłam się powietrzem i prześledziłam każdy zapach z osobna.
-Nie, jeszcze nie.- oznajmiłam.
-Swoją drogą, to niesprawiedliwe, że dziewczyny mają bardziej wyczulone powonienie.- zasępił się szatyn.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, ciesząc się z tej przewagi nad chłopakami.
-Według mnie bardzo sprawiedliwe.- zaśmiała się Grace, a ja pokiwałam głową z aprobatą.
-Ludzie i lisy głosu nie mają.- Will dziecinnie wytknął jej język.
-Nie wiem czy bardziej powinnam się przejąć tym, że drwisz z mojego nazwiska, czy że uważasz się za lepszego od ludzi.- prychnęła blondynka lekceważąco.
-A że niby nie jestem lepszy?- zaśmiał się drwiąco.
-Już ci kiedyś coś na ten temat mówiłam...- zaczęła moja przyjaciółka.
Podczas gdy ta dwójka się spierała o jakieś banały, do mnie dotarł słodki zapach uprzejmości i wszechogarniającej miłości do wszystkiego wokół.
-Willy, pytałeś o Henry'ego, nie?- rzuciłam w kierunku szatyna.
-Zabraniam ci tak do mnie mówić! Przez to maleję w oczach innych.- pisnął mój Alfa. Te dwa wyrazy nie powinny stać obok siebie, przywódca nie powinien wydawać takich dźwięków, ale co poradzić. Ważne, że jest znośny i można sobie z niego żartować do woli. Powodów do tego jest naprawdę wiele...
-Już bardziej zmaleć nie możesz.- oto jeden z nich. Grace uśmiechnęła się do szatyna bezczelnie, wiedząc jak go to denerwuje.
-Nie jestem niski!- oburzył się Will, automatycznie prostując i spinając mięśnie, by wyglądać na większego. Gdyby był teraz w wilczej postaci, sierść na jego grzbiecie i obfita kryza, zjeżyłyby się.
-Cześć.- odezwał się z boku powolny, lekko zachrypnięty głos.
-Oo, Henry! Szukałem cię.- uśmiechnął się uroczo szatyn.
-Tak? A to dlaczego?- zdziwił się brunet.
-No wiesz... Potrzebny mi ktoś na dzisiejszy obchód.- oznajmił William.
-Obchód?- Henry uniósł brwi.
-Obchód.
-To ciekawe, bo nie wiem nic na temat obchodu.- stwierdził wyższy.
-Jak to nic nie wiesz?!
-A powinienem?
-No raczej?
-A może jednak nie?
-A mógłbyś skończyć odpowiadać na moje pytanie pytaniem?
-Jesteś chory?
-Co?
-Przestaniesz?
-Cholera, Henry, co z tobą?
-Ze mną?
-Odpowiesz mi normalnie?!
-A powinienem? Nie czekaj, to już było...
-Nareszcie.- William uderzył się otwartą dłonią w twarz.
-Doprawdy?- wyszczerzył się brunet.
-Boże, dlaczego mi to robisz?- jęknął niższy.
-Jesteś wierzący?- zdziwił się Henry.
-A ty nie?
-No i wracamy do gry: a powinienem?
-Henry!!!
-To może my was zostawimy, żebyście mogli pozadawać sobie pytania w ciszy i spokoju.- zaproponowałam ironicznie, przerywając ich dialog.
-Kath? Co tu robisz?
-William, jesteś tak ślepy czy głuchy?- prychnęłam, wywracając oczami.
-A może oba naraz?- dodał Henry.
-Jestem Alfą, nie możecie tak do mnie mówić!- oburzył się szatyn.
-Ale powinniśmy...- westchnął brunet.
-Dobra, serio stąd chodźmy.- rzuciła Grace, ciągnąc mnie za rękę do klasy.
Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.
Miałam półgodzinne spóźnienie na pierwszą lekcję, a na dodatek Megan wydzwaniała do mnie bez przerwy. Jednak trudno mi było odebrać telefon, gdy znajdował się on na dnie plecaka, który niosłam w pysku. Do celu zostały mi jeszcze cztery kilometry, a szorstki materiał coraz bardziej utrudniał oddychanie.
~Sophie.~ usłyszałam i zahamowałam od razu.
~Haz?~ zdziwiłam się, obserwując otaczające mnie drzewa.
~Taa. Co robisz w lesie? Powinnaś być w szkole.~ przesłał do mnie.
~I kto to mówi.~ prychnęłam.
~Racja.~ zaśmiał się.
~Ojciec cię zabije, jak znowu zawalisz klasę.~ mruknęłam, dostrzegając idącego w moją stronę śnieżnobiałego wilka.
~To się nie stanie.~ zapewnił, będąc już przy mnie i gapiąc się z "uśmiechem" na plecak, który ściskałam zębami.~Zmierzasz na zajęcia?~ zaśmiał się.
~Jakbyś nie wiedział...~ burknęłam, wypluwając zbędny bagaż, a mój telefon ponownie zadzwonił.
~Co ty na to, by opuścić jeszcze jeden dzień?~ zaproponował.
~I tak mamy już tydzień zaległości, ale...~ zaczęłam.
~To świetnie.~ zakończył, posyłając mi zadowolone spojrzenie.~Do mnie, czy do ciebie?~ zapytał.
~Meg się obrazi, jeżeli nie będzie mnie na w-f'ie.~ pomyślałam.
~To takie ważne?~ zakpił.
~Jak widać.~ wywróciłam oczami.
~Który mamy ten w-f? Hm?~ spytał z niechęcią.
~Ostatni- piąty.~ odpowiedziałam.
~Dobra, też wpadnę.~ pokręcił głową.~Ale najpierw wpadniemy do mnie po plecak.~zadecydował, nie dopuszczając do siebie żadnych sprzeciwów. Jedyne co mi pozostało to pójść za nim.
Katherine 20.10.2014
Zatrzasnęłam drzwi szafki, a kilkoro uczniów wokół spojrzało na mnie z konsternacją.
-Pieprzcie się.- burknęłam pod nosem i ruszyłam szybkim krokiem pod klasę.
Tam już czekała na mnie Grace. Uderzała nerwowo palcami o ścianę, na której opierały się jej plecy, a w powietrzu wyczułam jej zdenerwowanie.
-Żyjesz?- zapytałam ze sztucznym uśmiechem, wyrywając ją z zamyślenia.
-Czy ja żyję? Ja?!- krzyknełam, chwytając mnie za ramiona.
-Uspokój się, wszystko okay z Nathanielem...- wywróciłam oczami.
-Prawie umarłam, gdy się o tym dowiedziałam, a ty mówisz, że jest "okay"?- jej oczy przybrały rozmiar pięciofuntówek.
-Dostał w łapę, to znaczy... w przedramię, jeśli patrzysz na to w ten sposób, została tylko mała blizna.- wzruszyłam ramionami.- To były zwykłe kule.- dodałam, a Grace odsunęła się nieznacznie.
-Czyli to przeżyje?- spytała jeszcze.
-Jasne, że tak, Grace, błagam cię.- westchnęłam, a ona machnęła na mnie dłonią.
-To chyba normalne, że się martwię.- mruknęła, podnosząc swoja torbę z podłogi.
-Ale chyba zapomniałaś, że on jest nieśmiertelny.- rzuciłam ironicznie.
Zmrużyła na mnie groźnie oczy i przeczesała swoje falowane włosy palcami.
-O ciebie też się martwię, mam przestać?- burknęła.
-Aww! To takie słodkie!- owinęłam ją ramionami i przytuliłam mocno.
-Nie zmieniaj tematu!- warknęła, jednak odwzajemniła mój uścisk.
Odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam szeroko, wiedząc, że dopięłam swego. Miałam nadzieję, że dziś już nie spyta o Natha, bo to zaczynało być irytujące. Przecież nasze rany goją się w ciągu kilku sekund!
Gdy nagle poczułam mocny, boleśnie kłujący zapach, wiedziałam kto się do nas zbliża.
Szybko się odwróciłam, a dłonie Williama wylądowały na mojej talii.
-Znowu popsułaś mój efekt zaskoczenia.- oburzył się, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Nie moja wina, że bezczelność ma tak silną woń.- zaśmiałam się, roztrzepując jego włosy.
-Hej!- obruszył się, szybko je poprawiając.
-Cześć, Will.- rzuciła zza mnie Grace.
-Hejka, Vixen.- mrugnął do niej i rozejrzał się dookoła.- Jest już Henry?- zapytał, skupiając swoje turkusowe tęczówki na mnie.
Zaciągnęłam się powietrzem i prześledziłam każdy zapach z osobna.
-Nie, jeszcze nie.- oznajmiłam.
-Swoją drogą, to niesprawiedliwe, że dziewczyny mają bardziej wyczulone powonienie.- zasępił się szatyn.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, ciesząc się z tej przewagi nad chłopakami.
-Według mnie bardzo sprawiedliwe.- zaśmiała się Grace, a ja pokiwałam głową z aprobatą.
-Ludzie i lisy głosu nie mają.- Will dziecinnie wytknął jej język.
-Nie wiem czy bardziej powinnam się przejąć tym, że drwisz z mojego nazwiska, czy że uważasz się za lepszego od ludzi.- prychnęła blondynka lekceważąco.
-A że niby nie jestem lepszy?- zaśmiał się drwiąco.
-Już ci kiedyś coś na ten temat mówiłam...- zaczęła moja przyjaciółka.
Podczas gdy ta dwójka się spierała o jakieś banały, do mnie dotarł słodki zapach uprzejmości i wszechogarniającej miłości do wszystkiego wokół.
-Willy, pytałeś o Henry'ego, nie?- rzuciłam w kierunku szatyna.
-Zabraniam ci tak do mnie mówić! Przez to maleję w oczach innych.- pisnął mój Alfa. Te dwa wyrazy nie powinny stać obok siebie, przywódca nie powinien wydawać takich dźwięków, ale co poradzić. Ważne, że jest znośny i można sobie z niego żartować do woli. Powodów do tego jest naprawdę wiele...
-Już bardziej zmaleć nie możesz.- oto jeden z nich. Grace uśmiechnęła się do szatyna bezczelnie, wiedząc jak go to denerwuje.
-Nie jestem niski!- oburzył się Will, automatycznie prostując i spinając mięśnie, by wyglądać na większego. Gdyby był teraz w wilczej postaci, sierść na jego grzbiecie i obfita kryza, zjeżyłyby się.
-Cześć.- odezwał się z boku powolny, lekko zachrypnięty głos.
-Oo, Henry! Szukałem cię.- uśmiechnął się uroczo szatyn.
-Tak? A to dlaczego?- zdziwił się brunet.
-No wiesz... Potrzebny mi ktoś na dzisiejszy obchód.- oznajmił William.
-Obchód?- Henry uniósł brwi.
-Obchód.
-To ciekawe, bo nie wiem nic na temat obchodu.- stwierdził wyższy.
-Jak to nic nie wiesz?!
-A powinienem?
-No raczej?
-A może jednak nie?
-A mógłbyś skończyć odpowiadać na moje pytanie pytaniem?
-Jesteś chory?
-Co?
-Przestaniesz?
-Cholera, Henry, co z tobą?
-Ze mną?
-Odpowiesz mi normalnie?!
-A powinienem? Nie czekaj, to już było...
-Nareszcie.- William uderzył się otwartą dłonią w twarz.
-Doprawdy?- wyszczerzył się brunet.
-Boże, dlaczego mi to robisz?- jęknął niższy.
-Jesteś wierzący?- zdziwił się Henry.
-A ty nie?
-No i wracamy do gry: a powinienem?
-Henry!!!
-To może my was zostawimy, żebyście mogli pozadawać sobie pytania w ciszy i spokoju.- zaproponowałam ironicznie, przerywając ich dialog.
-Kath? Co tu robisz?
-William, jesteś tak ślepy czy głuchy?- prychnęłam, wywracając oczami.
-A może oba naraz?- dodał Henry.
-Jestem Alfą, nie możecie tak do mnie mówić!- oburzył się szatyn.
-Ale powinniśmy...- westchnął brunet.
-Dobra, serio stąd chodźmy.- rzuciła Grace, ciągnąc mnie za rękę do klasy.
Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.
sobota, 15 listopada 2014
Rozdział III
Sophie 17.10.2014
Daliśmy sobie tygodniową przerwę od szkoły na odnalezienie źródła dziwnego zapachu, jednak on zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Alexander był przez to niesamowicie zirytowany i wpadał w szał, gdy ktoś miał mu cokolwiek do zarzucenia.
Właśnie odbywał się nasz cotygodniowy zwiad całego terytorium. Powoli się ściemniało, więc Alex postanowił zmniejszyć tempo naszego marszu. Wlekliśmy się teraz leniwie, węsząc uważnie i wyłapując każdą woń.
Nagle Alfa stanął w miejscu jak wryty, unosząc nos wysoko i wpatrując się w niebo.
~Co jest, Haz?~ zapytałam. Chłopaki również byli tego ciekawi, tak, że słyszałam teraz w głowie mnóstwo słów, powtarzających się w kółko.
~W porządku? Co wyczułeś? To wrogowie? Co robić?~ głosy nasiliły się, a Alex nawet się nie poruszył, przerażając mnie swoim zachowaniem.
>Ten zapach powrócił.< warknął w końcu, drapiąc łapami zamarzającą ziemię. Skulił się lekko i wyszczerzył zęby, cofając się.
Jako, że pełniłam od niedawna funkcję Bety, postanowiłam wydać za niego rozkaz do odwrotu.
>Wracajcie pod Trzy Klony.< zarządziłam. >Ja i Hazard zaraz dołączymy.
Chłopaki niepewnie się wycofali, a Nick posłał mi przenikliwe spojrzenie, które mówiło "jedno słowo, a ja będę przy was za kilka sekund". Kiwnęłam mu wdzięcznie głową, a wtedy ruszył do młodych.
>Haz?< szturchnęłam go pyskiem w bok i czekałam na jakąkolwiek reakcję.
>Czuję go, jest blisko.< warknął, po czym jego wzrok powędrował do czegoś przed nami. Odwróciłam się tam szybko i zobaczyłam niewysokiego blondyna o niebieskich oczach, które wpatrywały się w moje ze zdziwieniem, strachem i odrobiną zaciekawienia, albo raczej fascynacji (zdecyduj się kobieto...). Alex przylgnął do ziemi, przygotowując się do skoku.
>Nie, nie możesz tego zrobić!< automatycznie zagrodziłam mu drogę, zanim o tym nawet pomyślałam.
Alexander patrzył dziko w moje oczy, z czymś zwierzęcym i szalonym.
>Hej, to człowiek, nie możesz go tak po prostu zabić.< próbowałam go przekonać. Potrząsnął głową, próbując zapewne odrzucić od siebie niechciane myśli, a jego oczy nabrały normalnego, zdrowego wyrazu.
Zerknęłam za siebie, ale chłopaka już nie było.
Odetchnęłam głęboko, a Haz lekko trącił mnie pyskiem.
~Wracajmy.~ pomyślał.
Katherine 17.10.2014
Chichot Grace rozniósł się po pokoju, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.
-A pamiętasz jak...- zaczęła kolejną opowieść, kładąc się na podłodze i wpatrując w sufit nad sobą.
Ułożyłam się wygodnie na jej łóżku i spojrzałam w uchylone okno dachowe, zza którego dochodziło ciche wycie.
Brzmiało to co najmniej dziwnie, trochę jak płacz i nie mogłam zignorować tego dźwięku.
-Grace, muszę wyjść.- rzuciłam z westchnieniem.
-Wilcze sprawy?- spytała obojętnie, jakby to było na porządku dziennym.
-Taa. Zaraz wrócę, chyba.- uśmiechnęłam się do niej, zakładając trampki.
-Okay, nie śpiesz się. I pozdrów Natha, jeśli go spotkasz, no wiesz...- mrugnęła do mnie.
-Tak, tak. Łapię.- zaśmiałam się cicho, stając na zagłówek łóżka. Po chwili podciągnęłam się na rękach i byłam na dachu, salutując do przyjaciółki dwoma palcami.
-Ty głupku.- prychnęła tylko, szczerząc się szeroko i kręcąc głową.
Zsunęłam się bezgłośnie po dachówkach i wylądowałam z gracją na ziemi. Przedostałam się niezauważona do ogrodu za domem i przecisnęłam się między ogrodzeniem na polną drogę, która prowadziła do lasu. Rozejrzałam się uważnie i przemieniłam. Wycie się ponowiło, a moje łapy same ruszyły w stronę, z której dochodziło.
~William? Nath, Henry? Dylan?~ posłałam w otaczającą mnie ciemność. Żaden z nich się nie "odezwał", co bardzo mnie zdziwiło. Zwolniłam do szybkiego truchtu i wyciągnęłam nos do góry, chcąc wyłapać jakiś zapach. Nie było tutaj nic oprócz delikatnej woni lasu i jeleni.
Wtedy usłyszałam kroki. Powolne uderzenia butów o wilgotne podłoże, rozniosło się po lesie. Wycie rozdarło wilgotne powietrze wokół, drażniąc moje uszy. Mimowolnie zawyłam krótko, wzywając bliskich.
Przystanęłam na chwilę, czekając na jakikolwiek odzew z ich strony. Nic.
Dwa ciężkie brzęknięcia, jedno po drugim, padły gdzieś obok mnie, a z drzewa pod którym stałam posypała się kora.
Kto normalny próbuje zabić wilkołaka, sam nim nie będąc?!
Warknęłam gardłowo, rozglądając się i nasłuchując.
~Kath!~ kamień spadł mi z serca, gdy usłyszałam Nathaniela.
~Jestem.~ wyprostowałam się, szukając sylwetki mojego przyjaciela.
>Uważaj!<ryknął jeszcze, zanim kula go dosięgnęła i upadł przede mną, skowycząc.
Daliśmy sobie tygodniową przerwę od szkoły na odnalezienie źródła dziwnego zapachu, jednak on zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Alexander był przez to niesamowicie zirytowany i wpadał w szał, gdy ktoś miał mu cokolwiek do zarzucenia.
Właśnie odbywał się nasz cotygodniowy zwiad całego terytorium. Powoli się ściemniało, więc Alex postanowił zmniejszyć tempo naszego marszu. Wlekliśmy się teraz leniwie, węsząc uważnie i wyłapując każdą woń.
Nagle Alfa stanął w miejscu jak wryty, unosząc nos wysoko i wpatrując się w niebo.
~Co jest, Haz?~ zapytałam. Chłopaki również byli tego ciekawi, tak, że słyszałam teraz w głowie mnóstwo słów, powtarzających się w kółko.
~W porządku? Co wyczułeś? To wrogowie? Co robić?~ głosy nasiliły się, a Alex nawet się nie poruszył, przerażając mnie swoim zachowaniem.
>Ten zapach powrócił.< warknął w końcu, drapiąc łapami zamarzającą ziemię. Skulił się lekko i wyszczerzył zęby, cofając się.
Jako, że pełniłam od niedawna funkcję Bety, postanowiłam wydać za niego rozkaz do odwrotu.
>Wracajcie pod Trzy Klony.< zarządziłam. >Ja i Hazard zaraz dołączymy.
Chłopaki niepewnie się wycofali, a Nick posłał mi przenikliwe spojrzenie, które mówiło "jedno słowo, a ja będę przy was za kilka sekund". Kiwnęłam mu wdzięcznie głową, a wtedy ruszył do młodych.
>Haz?< szturchnęłam go pyskiem w bok i czekałam na jakąkolwiek reakcję.
>Czuję go, jest blisko.< warknął, po czym jego wzrok powędrował do czegoś przed nami. Odwróciłam się tam szybko i zobaczyłam niewysokiego blondyna o niebieskich oczach, które wpatrywały się w moje ze zdziwieniem, strachem i odrobiną zaciekawienia, albo raczej fascynacji (zdecyduj się kobieto...). Alex przylgnął do ziemi, przygotowując się do skoku.
>Nie, nie możesz tego zrobić!< automatycznie zagrodziłam mu drogę, zanim o tym nawet pomyślałam.
Alexander patrzył dziko w moje oczy, z czymś zwierzęcym i szalonym.
>Hej, to człowiek, nie możesz go tak po prostu zabić.< próbowałam go przekonać. Potrząsnął głową, próbując zapewne odrzucić od siebie niechciane myśli, a jego oczy nabrały normalnego, zdrowego wyrazu.
Zerknęłam za siebie, ale chłopaka już nie było.
Odetchnęłam głęboko, a Haz lekko trącił mnie pyskiem.
~Wracajmy.~ pomyślał.
Katherine 17.10.2014
Chichot Grace rozniósł się po pokoju, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.
-A pamiętasz jak...- zaczęła kolejną opowieść, kładąc się na podłodze i wpatrując w sufit nad sobą.
Ułożyłam się wygodnie na jej łóżku i spojrzałam w uchylone okno dachowe, zza którego dochodziło ciche wycie.
Brzmiało to co najmniej dziwnie, trochę jak płacz i nie mogłam zignorować tego dźwięku.
-Grace, muszę wyjść.- rzuciłam z westchnieniem.
-Wilcze sprawy?- spytała obojętnie, jakby to było na porządku dziennym.
-Taa. Zaraz wrócę, chyba.- uśmiechnęłam się do niej, zakładając trampki.
-Okay, nie śpiesz się. I pozdrów Natha, jeśli go spotkasz, no wiesz...- mrugnęła do mnie.
-Tak, tak. Łapię.- zaśmiałam się cicho, stając na zagłówek łóżka. Po chwili podciągnęłam się na rękach i byłam na dachu, salutując do przyjaciółki dwoma palcami.
-Ty głupku.- prychnęła tylko, szczerząc się szeroko i kręcąc głową.
Zsunęłam się bezgłośnie po dachówkach i wylądowałam z gracją na ziemi. Przedostałam się niezauważona do ogrodu za domem i przecisnęłam się między ogrodzeniem na polną drogę, która prowadziła do lasu. Rozejrzałam się uważnie i przemieniłam. Wycie się ponowiło, a moje łapy same ruszyły w stronę, z której dochodziło.
~William? Nath, Henry? Dylan?~ posłałam w otaczającą mnie ciemność. Żaden z nich się nie "odezwał", co bardzo mnie zdziwiło. Zwolniłam do szybkiego truchtu i wyciągnęłam nos do góry, chcąc wyłapać jakiś zapach. Nie było tutaj nic oprócz delikatnej woni lasu i jeleni.
Wtedy usłyszałam kroki. Powolne uderzenia butów o wilgotne podłoże, rozniosło się po lesie. Wycie rozdarło wilgotne powietrze wokół, drażniąc moje uszy. Mimowolnie zawyłam krótko, wzywając bliskich.
Przystanęłam na chwilę, czekając na jakikolwiek odzew z ich strony. Nic.
Dwa ciężkie brzęknięcia, jedno po drugim, padły gdzieś obok mnie, a z drzewa pod którym stałam posypała się kora.
Kto normalny próbuje zabić wilkołaka, sam nim nie będąc?!
Warknęłam gardłowo, rozglądając się i nasłuchując.
~Kath!~ kamień spadł mi z serca, gdy usłyszałam Nathaniela.
~Jestem.~ wyprostowałam się, szukając sylwetki mojego przyjaciela.
>Uważaj!<ryknął jeszcze, zanim kula go dosięgnęła i upadł przede mną, skowycząc.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)