piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział VI

Katherine 24.10.2014
William spojrzał groźnie na Nathaniela i zaczął powoli iść w jego stronę.
-Dlaczego, do kurwy nędzy, mówisz o tym dopiero teraz?- zapytał twardo, zaciskając zęby i nabierając powoli powietrza.
-Przepraszam bardzo, Will, ale ty nie raz...
-Zabiłeś jakiegoś podejrzanego typa, zostawiając go niedaleko szlaku i mówisz mi o tym dopiero po kilku dniach, a na dodatek uważasz, że nic takiego się nie stało, tak?!- warknął na niego, unosząc się.
-Wydaje mi się, że go zabiłem, nie jestem tego pewien, ale nie ruszał się jak odchodziłem, a potem... ja po prostu, spanikowałem, okay?- rzucił tylko, wycofując się z pomieszczenia.
-Jeśli jeszcze raz to się powtórzy...
-To był jeden jedyny raz.- oznajmił mu brunet z powagą, po czym obaj wybuchli śmiechem.
-Dobra, koleś, ale serio mogłeś o tym wcześniej powiedzieć.- zachichotał William i pokręcił głową w rozbawieniu.
-Wiem, ale jakoś tak wyszło...- wzruszył ramionami Nath.
-Spoko, spotkamy się wieczorem.- mrugnął do niego na pożegnanie i usiadł na środku dużej, czarnej sofy.
Odchrząknęłam, by zwrócił na mnie uwagę i uśmiechnęłam się lekko, gdy to zrobił.
-Czyli dajesz nam dzień wolny?- chciałam się upewnić.
-W zasadzie wieczór, noc i całe przedpołudnie.- podsumował.
-O dzięki ci, wielki Williamie!- wykrzyknął Henry, wchodząc do salonu szatyna.
"Wielki"?, zapytałam złotookiego bezgłośnie, tylko poruszając ustami.
-No tak.- przyznał mi rację, a Will zmrużył na mnie oczy, przewiercając moje oczodoły na wylot.
-Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałabym już pięć metrów pod ziemią.- rzuciłam do niego, na co uśmiechnął się delikatnie.
-Lepiej idź już sie stroić, nie będziemy znowu czekać na ciebie godzinami...- westchnął, machając na mnie ręką jak na swoją służbę, której w zasadzie nie miał, ale lubił nazywać nią nas.

Sophie 24.10.2014
-Oh, taak, Haz, mocniej!- wydyszałam, wyginając plecy w łuk.
Brunet sapnął ciężko i spojrzał mi przenikliwie w oczy, wchodząc i wychodząc jeszcze szybciej, niż przed chwilą.
Ułożyłam ręce na jego szyi, całując powolnie.
Poczułam jak ponownie zwiększa tempo i wbija palce w moje biodra. Kilka sekund później oboje doszliśmy, oddychając z trudem, a przyjemny ciężar wcisnął mnie w materac.
Alex ułożył głowę na tej samej poduszce co ja, przesuwając palcami po moich udach. Sięgnęłam dłonią do jego włosów, wplątując w nie palce.
-Byłeś cudowny.- wyszeptałam mu do ucha, gryząc je lekko.
-Zawsze jestem.- usłyszałam jego stłumiony, przez materiał pościeli, rechot. Kąciki moich ust delikatnie drgnęły ku górze, gdy po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak bardzo seks rozluźnia Hazarda.
-Ja to wiem, ty to wiesz...
-Połowa dziewczyn w mieście to wie...
-Ale mógłbyś już ze mnie wyjść, bo inaczej spóźnimy się na tą imprezę...
-Na imprezę nie można się spóźnić, a tutaj jest mi tak dobrze i chętnie bym to powtórzył.- uniósł głowę z uśmiechem.
-Może później, jeżeli zasłużysz.- mrugnęłam do niego, próbując zepchnąć osiemdziesiąt kilogramów z mojego ciała.
Westchnął teatralnie i wysunął się z niechęcią, wstając i wychodząc do łazienki pod prysznic.

Katherine 24.10.2014
Ostatni raz przeciągnęłam po ustach szminką w odcieniu pudrowego różu i spojrzałam na Grace z przerażeniem.
-Co ty tu jeszcze robisz w samej bieliźnie?- zapytałam, wrzucając pomadkę do torebki i unosząc wysoko brwi.
-Kaaaath, nie wiem co załooożyyyć.- jęknęła, wykrzywiając podkreślone brązem usta w grymasie.
-Ta szara sukienka z przezroczystymi bokami i twoje najnowsze zamszowe koturny się nadadzą.- wzruszyłam ramionami.
-Racja, sama bym także na to wpadła.- pokiwała sobie głową z aprobatą.
-Jasne.- rzuciłam, odwracając się z powrotem do lustra.
Miałam na sobie krwistoczerwoną sukienkę bez ramion, która sięgała mi do połowy ud, a na stopach pięknie prezentowały się czarne szpilki od Christiana Louboutina. Ten wieczór musiał być udany. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, zakręcając jeden z ciemnych loków na palec.
-Grace?- zagadnęłam ją, obserwując jej poczynania w lustrze, co chwila zerkając na swoje opalone nogi.
-Tak?
-Masz zamiar dziś uwieść Natha swoimi wdziękami?- przygladałam się teraz uważnie jej reakcji, zagryzając dolną wargę.
-Em, nie planowałam tego.
-Mhm.
-No co?- żachnęła się, odrywajac sie od poszukiwać naszyjnika.
-Absolutnie nic.- poruszyłam znacząco brwiami w jej kierunku.
-Daj spokój, pewnie ma mnie za gówniarę.- westchnęła.
-To tylko dwa lata różnicy...
-Może gdybym zrobiła mocniejszy makijaż...
-On na to nie poleci.
-To wyglądałabym na starszą...- kontynuowała swoje przemyślenia.
-Nie, Grace. Wychodzimy.- zadecydowałam, gdy włożyła już buty. Chwyciłam jej ramię i wyciągnęłam z pokoju.
Zeszłyśmy na dół po szerokich marmurowych schodach. Każdy szczegół domu Grace był dokładnie dopracowany przez jej mamę- projektantkę wnętrz. Na początku miałam wrażenie, że to wszystko po prostu na pokaz, ale jak się okazało, to były najzwyczajniej zboczenie zawodowe Ann Fox.
Chłopcy już czekali na zewnątrz.
-Pięknie wyglądacie, dziewczyny.- rzucił z uśmiechem Henry.
-Ty również.- powiedziałyśmy jednocześnie, na co nasza trójka się zaśmiała.
Will stał niewzruszony, obojętny na otaczający go świat. Nie mogło być to spowodowane tym, że coś nie poszło po jego myśli, jeśli chodzi o strój albo fryzurę. Chociaż z nim nigdy nie wiadomo. Ale co ja gadam, wyglądał teraz niesamowicie w tych czarnych jeansach, białej koszulce i skórzanej kurtce, nie wspominając już o idealnie ułożonych włosach.
-Co jest Willy?- zapytałam w końcu.
-Nie. Mów. "WILLY".- burknął, mierząc mnie wzrokiem.
-Williamie Alfo Grand, co się wydarzyło w czasie, gdy nie mogłam widzieć twojej jakże wspaniałej postaci?- zapytałam, unosząc podbródek i zachowując powagę.
-Kundle z tego Zjebanego Lasu mają dziś przebywać w tym samym miejscu co my...- westchnął, odgarniając pojedynczy kosmyk ze swojego czoła.
-I to sprawiło, że masz zły humor?- ściągnęłam brwi podejrzliwie.
-Tak.
-Możesz nawet na nich nie patrzeć.
-Ale będę ich czuł.
-Ja czuje twoją bezczelność i arogancję cały czas i jakoś żyje.- choć niesamowicie szczypie mnie od tego nos.
-Bardzo zabawne.- burknął tylko.
-Chodźmy już do tego klubu, bo się spóźnimy.- jęknęła Grace.
-Do klubu nie można się spóźnić, Vixen.- pokręcił głową William, otwierając mi drzwi do swojego czarnego jak bezgwiezdna noc Mercedesa.
Wsiadając, usłyszałam jak Grace piszczy podekscytowana warkotem silnika motocykla Henry'ego.